piątek, 28 grudnia 2012

Z dziennika (13)


Zaczyna się od przebłysku. On uwalnia strumienie kresek drapieżnie zajmujących bezbronną kartkę. Biegną w różnych kierunkach. Mają coś z mrówczego pędu i bezwolnej mechaniki dopadającej mnie, gdy staję się bezbronny jako twórca. Wtedy wyobrażam sobie, że jestem drzewem, w które uderza pionowa ściana deszczu. Skorupa nasiąka promieniami wody, rozpada się. Jest miękka, daje się formować w najróżniejsze kształty. Glina - z niej wytwarzam szkielet krajobrazu, ośrodek życia, w końcu miasto zamieszkane przez ludzi, którymi niegdyś byłem. Oni egzystują jako obce sobie repliki, w ustach mają wiązki fraz zaplątanych w przeszłość i w teraźniejszość. A jednak z tego osadu echa kiełkuje życiodajny proces.

W moim domu nie ma drzwi. Każdy wchodzi i wychodzi, kiedy zechce. Niektórzy siadają przy stole naprzeciw, mówią do siebie, a ich usta prowadzą moją rękę. Trudno zapanować nad kompozycją, gdy sylwetki wydłużają się pod wpływem wędrówki światła. Nie zauważam, kiedy biała plama powoli stygnie i kryje się w miękkim łonie horyzontu. Tamci odchodzą bez pożegnań, zostawiając mnie zaplątanego w ich kręgosłupy. Muszę teraz sam, zanim nastąpi kolejna wizyta, wyostrzyć ich obecność i odnaleźć nową formę. Jeśli to portret, rozrywam kręgi, paraliżuję, osadzam w ich spojrzeniu ból ulatującej tożsamości, która w końcu okazuje się moją własną. Mam na rękach krew mojego miasta.

Rysunek jest moim modus operandi, pierwszym instynktem, drżeniem ścianek żył. W malarstwie nie znalazłem jeszcze kodu, mimo że widzę kolorem to, co ostatecznie staje się czernią i bielą. To jedno pozwala mi wierzyć, że kiedyś wyjdę poza monochromatyczność, opuszczę wygodne, szare pokoje i zerwę zasłony przyzwyczajeń. Na nieubitej drodze odnajdę na nowo siebie - niedostępnego sobie.

sobota, 8 grudnia 2012

Z dziennika (12)

Autoportret
Nadchodzi świt. Z chaosu mętnych akwarel budzą się nowe kompozycje. Za ścianą zimną niczym płatna miłość, horyzont nasiąka ołowiem, a dzień prostuje spłowiałą koszulę. Zdaję się rozpadać w czasie. Wybiega ze mnie mały chłopiec z podciętymi żyłami, o wszystkim musiał się dowiedzieć sam, a mogło być przecież inaczej. Jednak dobrze, że nie pozostał. Nie wierzę, że spotkałby go inny los niż wykrwawienie się na oczach tych, którzy powinni go kochać. 

Tak zaczęła się cała daleka podróż między obce planety. Zapuszczałem korzenie, które gniły od wilgoci. Po zmyciu z siebie plam ziemi, uciekałem na pobliski, olsztynecki skansen, z blokiem i ołówkiem w rękach, gdzie pod skrzydłami wiatraków z powrotem czułem wolność napływającą do płuc. Tam docierał plankton pierwszych szkiców i osadzał się na moich rękach. 

Zatrzymywałem się dopiero na dworcowych poczekalniach, na których żyjące, olakierowane drewno skrzypiało z bólu. Próbowałem zapomnieć o nostalgii dalekobieżnych pociągów i o pustych wagonach, gdzie raz na jakiś czas ktoś podkreślał swoją obecność i pozostawiał  – z winy przypadku lub roztargnienia – przedmioty, stopniowo zalegające pyłem czasu. Dojrzewamy do niej w opuszczonych przedziałach i w pierwszych doświadczeniach. Wiecznie zmieniający się – każde jej dotknięcie okazuje się blizną albo stygmatem, portretem odchodzących dłoni w moich rękach. Wszelka utrata nasyca pustką, której wypełnić w ostateczności się nie udaje. Nie ma jednej definicji miłości. A mimo to tylko ona, pragnienie i tęsknota są prawdziwe – cała reszta to chłodny, bezpieczny rozum. Powinienem przestać – świt jest bowiem porą, kiedy słowa wypadają z rąk, dźwięczą flaszki po wódce, a rany na nowo napływają krwią. Wszystko gdzieś odchodzi i jedyne, co pozostaje, to zmierzyć się z rozpadem:

ze snu podnosząc zmęczenie
rozpadłem się na: dziś i wczoraj, na: byłem
i jestem, na: nic i wszystko

/Krzysztof Szymoniak/

Sporządzam gorset autoportretu – niech utrzyma rozsypujące się kawałki ciała. Mierzę się z tą twarzą w ciszy własnego odludzia, z dala od gasnących lamp i rozespanych ulic. Między kreskami oswajam pamięć, a w niej - wąskie rozpadliny pierwszych podróży, wzlotów i zatrzymań. A jednak spotkało mnie wiele dobra: czerpałem z życzliwej mądrości innych, odkąd sam nauczyłem się poruszać wewnątrz wachlarza skal szarości, zwiększających z każdą istotą swoją objętość. Czy jednak to wystarczy, aby powstrzymać rozpad i ujarzmić - jak nazywał go Eliot -  strach w garstce popiołu?

czwartek, 22 listopada 2012

Z dziennika (11)


3:33 – Przystanek Meissnera. Wracam do miejsca, które na czas pobytu w Polsce stało się moim domem. Czeka tam na mnie pokój na pierwszym piętrze, z wielkim łożem okrytym jasną tkaniną, którą przyozdabiają dwa miękkie romby z portretami malowanych czworonogów. Dom został ukryty między wysokimi drzewami rzucającymi latem łagodny cień na gorące ściany, chroniącymi dojrzewający ogród. Tymczasem do siedemdziesiątki dwójki na przystanku Meissnera – późną jesienią – wchodzi pijany mężczyzna, zatacza łuk i siada obok mnie na pustym fotelu. Uzbrojony w otwartą butelkę wódki, poddaje się po chwili usypiającemu działaniu ogrzewania pojazdu. Kilka przystanków dalej jego broń wypadnie mu z ręki, rozsypie się na tysiące kawałków, a on upadnie na podłogę i zaśnie w kałuży alkoholu. Na nikim nie zrobi to większego wrażenia, a ja przypomnę sobie podobne migawki z zeszłorocznych wędrówek.

Dokładnie dwanaście godzin wcześniej – w sobotnie popołudnie – stałem w środku ogrodu ogołoconego z zieleni. W miejscu, w którym konary drzew zesztywniały niejako w połowie gestu, miała miejsce rozmowa wyczekiwana od lat. Nieprzygotowany, sparaliżowany nagłymi uderzeniami pamięci, z roztapiającym się telefonem w dłoni – próbowałem zrozumieć, kim jest ten, który pozostał i gdzie jest ten, którego już we mnie nie ma. Dlaczego widząc pusty ogród, dostrzegam siebie rzuconego na pastwę zimnych pór roku? Dlaczego w ulubionej knajpie na Wilczej zamiast cieszyć się z powrotu do utartych szlaków, będę rozliczał siebie z czterech lat milczenia i defektu pamięci? Gdzieś między to wszystko wkrada się ulga skrajnego niemal wyczerpania – nieproszona tu przez nikogo.

„Dokąd dopłyniesz gdy udasz się w głąb zapomnianych fragmentów emocji? Czy można rozróżnić wyidealizowane przez umysł wspomnienia od faktycznie zaistniałych?" napisze pewien młody rysownik pod rysunkiem "Konwersacje po północy", tuż po wyemigrowaniu na zieloną wyspę. "Człowiek tak tęskni za tym co było, że w pewnym momencie przestaje żyć teraźniejszością, zaś na nowo przeżywa przeszłość”.

Obiecałem ci kiedyś, że zapomnę o przystani, marznące dłonie wyprostuję latem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że zderzenie okaże się łatwiejsze niż przypuszczam. Nadmiar nieudanych szkiców – po prostu – pougniatał ogień.

niedziela, 14 października 2012

Z dziennika (10)




Pewnego lipcowego popołudnia Vincent zaproponował, że udostępni mi witrynę kwiaciarni. Na tydzień miały w niej zawisnąć moje rysunki, a ja miałem żywić nadzieję, że może choć jeden znajdzie kupca.
– Krisztof, nigdy nie wiesz, kto się zatrzyma i zobaczy Twoje prace – namawiał mnie Alan, chwaląc przy tym ideę wystawy. Miesiąc po wystawie w „Dillon's Florist”, do kwiaciarni weszła starsza kobieta i zapytała o moje rysunki. Zaproponowała udział w wernisażu, który miał odbyć się jeszcze we wrześniu – w gronie pisarzy i plastyków z Charleville.

– Nie istnieje większy ból niż śmierć dziecka przed rodzicem – tymi słowami kobieta o krótko ściętych blond włosach i imieniu Margaret rozpoczęła część literacką „Multi Art Form”, wieczoru zorganizowanego w ramach Kulturalnych Nocy County Cork. Spotkanie w kościółku protestanckim zmienionym w bibliotekę miało umożliwić nie tylko wystawę prac artystów lokalnych, lecz przede wszystkim – premierę zbioru poezji i prozy na temat samobójstw, Windows Of Words, przygotowanego przez Charleville Writers’ Group. Jedynie w zeszłym roku odnotowano w Irlandii aż 670 przypadków takich śmierci.

– Ludzie, którzy postanawiają siebie zabić, nie chcą tak naprawdę umrzeć – mówił przewodniczący stowarzyszenia na rzecz przeciwdziałania samobójstwom – usiłują uciec przed kłopotami, przed ciężarem, jakiego nie mogą udźwignąć, przed bólem, jaki sprawił im któryś z najbliższych. Samobójstwo – wyjaśniał również – jest lekiem na ich chorobę psychiczną, a nie – wolą lub pragnieniem przerwania w ten sposób bólu. Przemawiający mężczyzna pochwalił działania stowarzyszenia artystów lokalnych w Charleville, wskazując na to, że uczestnictwo w warsztatach tej grupy wypełnia czas wolny i umożliwia twórcze dowartościowanie.

Zawsze ceniłem lokalne inicjatywy. Wychowałem się w Olsztynku, gdzie dom kultury działał w sposób najlepszy z możliwych. MGOK był nie tylko moim drugim domem, lecz także – szansą wyrwania się z egzystencji: monotonnej i przewidywalnej, jaką oferowało małe miasteczko. Przypadek sprawił, że grupa dzieciaków grających codziennie w piłkę podwórkową, została zaciągnięta do szkółki gry na gitarze, którą szybko przekształcono w dziecięcy zespół muzyczny. Każdemu z nas dobrano odpowiedni instrument i zaczęliśmy uczyć się gry. Od kuchni. Dostałem keyboard, a z czasem, kiedy okazało się, że potrafię wydobywać z siebie dźwięki, ćwiczyłem także śpiew. Podczas ośmiu lat wspólnego muzykowania zagraliśmy ponad dwieście koncertów w różnych miejscach w Polsce, a nawet w Niemczech, poznaliśmy mnóstwo wspaniałych osób, które przepełnione pasją, z niebywałą energią realizowały swoje marzenia. Wspólne ogniska muzyczne, wielogodzinne próby przed imprezami, wieczory wigilijne sprawiły, że byliśmy jedną wielką rodziną.

Dziś uświadomiłem sobie, jak bardzo brakuje mi tamtych czasów, a szczególnie – tamtego uczucia napędzającego serce, gdy wychodziło się na scenę przed publiczność; tremy i energii tuż po pierwszych taktach. Nie sposób jej opisać, zwłaszcza że nigdy potem już jej nie doświadczyłem. W rysunku tworzyłem własne historie i światy, muzyka pozwalała je przełamywać w geście przezwyciężającym nieśmiałość. Była mi bliższa, bardziej bezpośrednia, realnie istniejąca. Potem dowiedziałem się, że moja matka śpiewała w chórze kościelnym przez osiem lat, a ojciec grał na basie w zespole przez lat pięć. Może dlatego czułem się między dźwiękami świetnie. Niełatwo przecież przekazywałem emocje dalej, trenowałem się w powściągliwości.

„Mimo niespodziewanie młodego wieku członków grupy zespół zyskał pozytywną opinię w warmińsko-mazurskim światku muzycznym. Nieuchronną konsekwencją tego były dziesiątki koncertów, zwycięstwa na festiwalach i nagrania dla TVP" - przeczytałem dzisiaj na temat grupy w opisie na myspace'ie, należącym do naszego bębniarza.

Minęło już ponad siedem lat, odkąd wyprowadziłem się z rodzinnego miasteczka w poszukiwaniu pracy i przestrzeni. Za każdym razem, kiedy widzę gdzieś w knajpach fortepian, przypominam sobie dzieciństwo. Coroner miał rację: „Można odejść od swoich bliskich, zaakceptować koniec istnienia, można pożegnać się z życiem, ale najciężej jest pożegnać się z muzyką”. Niestety palce na czarnobiałej klawiaturze, sztywne jak posąg, chłodzą i uspokajają nerwowe marzenie o grze.

środa, 3 października 2012

Z dziennika (9)



Do świtu zostało niewiele czasu, a my staliśmy przy barze w gryzącym papierosowym dymie, wokół pijanych czternastek w zbyt wielkich szpilkach – gotowych bardziej niż kiedykolwiek. Jonasz wśród pulsującej muzyki i kolorowych świateł czuł się świetnie. Ja odzwyczaiłem się już od nocnych wędrówek po klubach. Bardziej interesowała mnie konkluzja naszej rozmowy:

– To wymaga również jakiejś akceptacji siebie. Osoba z kompleksami, choćby okazały się głęboko ukryte, będzie ciągle spoglądać w lustro otoczenia”, będzie szukać okruchów akceptacji i je gromadzić – więcej i więcej. W coraz to nowszych okolicznościach. 

– Osoba „zajebista” – zmrużyłem jedno oko – będzie narzucać kompleks światu, szukać ciągle nowych „pacjentów” do udoskonalania. A przecież pomiędzy białym i czarnym – zacząłem tłumaczyć – jest wielka i wspaniała przestrzeń wielu odcieni szarości, w których można się samorealizować.

Opuściliśmy bar o piątej nad ranem. Jonasz uwielbiał wędrówki w pierwszych promieniach słońca, nie przeszkadzał mu chłód poranka, był jeszcze bardziej ożywiony. Wspominał nocne spacery ulicami Warszawy. Były momentami, które przerywały rutynę życia codziennego.

– To był mój sposób na bezsenne noce – wspominał – Zawsze o stałej porze, po pierwszej, drugiej lub trzeciej w nocy siedziałem z najlepszym kumplem pod Pałacem Kultury, opychaliśmy się kebabami i filozofowaliśmy. Kochaliśmy ciepłe noce i te chwile, kiedy po paru piwach zaspokajaliśmy apetyt mieszanką mięsa z kurczaka i baraniny w cienkim, przypieczonym cieście. Najedzeni patrzyliśmy sobie w oczy, pojawiał się dreszcz emocji, potem wybuchaliśmy śmiechem. 

Nad Main Street przez granatowe niebo przesypywały się pierwsze kolory świtu. Mijaliśmy szarofioletowe budynki o czarnych oknach, sprawiające wrażenie opuszczonych gniazd. Jonasz rozprawiał o samotności, palił jednego papierosa za drugim, jakby dym tytoniowy miał go ogrzać od środka. Usiedliśmy pod biblioteką na ławce i czekaliśmy. Nie wiedziałem właściwie, na co. Ulice powoli zmieniały barwy na jaśniejsze, kolory stawały się wyrazistsze. Moment przebudzenia, moment ścinania sinych od szarości traw jasnym promieniem słońca. 

– Widzisz te trawy wokół kościółka? – przerwałem ciszę –  Podobne trawy zarastały drogę w gospodarstwie mojego dziadka Zygmunta. Nie pamiętam nawet daty jego śmierci… ani nawet nie jestem pewien, czy rzeczywiście miał tak na imię. Biegnąc wgłąb wsi, mijając po prawej pastwisko pełne krów, po lewej stodołę zapełnianą z końcem lata sianem, widywałem dziadka na zielonej ławce przed domem, przy oknie do kuchni. Obserwował swoje wiejskie królestwo surowym, przymrużonym okiem i nadzorował codziennie wykonywania tych samych czynności. Z pewnością miał świadomość pełnej władzy nad każdą, podległą mu istotą. Miał czterech synów, adoptowaną córkę i żonę, która nigdy nie wypowiadała więcej niż jedno zdanie. 

Pewnej nocy zastanawiałem się nad losem swojego ojca. Czy nie dlatego zaczął pić – z nieopanowanej radości, że wyrwał się z tamtego miejsca roztaczającego drażniącą woń szaleństwa? – z rozpaczy, że w wieku dwudziestu pięciu lat stanął przed nową, niezrozumiałą rzeczywistością, która dla niego oblekła się w ciała żony i trojga dzieci, dzieci, których nie potrafił wychować? – mój głos pękł, jakby zbyt mocno naciągnięta struna pytania zerwała się i eksplodowała w jakiejś dalekiej przestrzeni. Nabrałem jednak oddechu i mówiłem nadal, jakby o ton wyżej. Świszczałem – Odrzucał indywidualizm, zabijał odwagę do własnych decyzji. A jednak ojciec malował obrazy, a może namalował tylko jeden, bo więcej nigdy nie widziałem, albo ukrywał je w piwnicy – jego własnej, niedostępnej dla nikogo przestrzeni. Zbierał i trzymał tam „swoje przedmioty”, począwszy od wiertarek, pił i innych narzędzi pracy, skończywszy na plakatach z Pamelą Anderson i na motorze – swojej krwawicy czyszczonej codziennie do momentu, w którym nie sprzedał go za grosze, by mieć na kolejną wódkę. 

Zacząłem się uspokajać. To wszystko znów odsłoniło jakiś sens, głębię wzoru. Byłem szczęśliwy i opanowany: dyszkant zmienił się w szemrzący, tenorowy szept – I gdzieś tam w jego graciarni, na rurach z gorącą i zimną wodą, stał obraz olejny – pejzaż górski na płycie pilśniowej z przewagą brązów i szarym, rozpostartym nad powierzchnią niebem. Widziałem go tylko raz, potem zaginął albo ojciec oddał go znajomym, lubił przecież rozdawać swoje pamiątki obcym. Bo ojciec dla każdego był zupełnie inny – spojrzałem na Jonasza w delikatnym półuśmiechu i wyjaśniłem – to jedna z wielu cech, które mam po nim, choć jeszcze kilka lat temu wypierałbym się tego i grał rolę mistrza w wydobywaniu jego wad, złych przyzwyczajeń, zgubnych odruchów. Zostawiłem go – czułem jeszcze silniejsze działanie alkoholu – i szukałem innych męskich autorytetów, by chociaż w najmniejszej części… zrosnąć się z innym drzewem, z inną genealogią.

Jonasz zbliżył się do mnie i wahał się, jak postąpić. Miałem pewność – mocował się z samym sobą, z własnymi żywiołami i temperamentem, chcąc dopasować się do mnie, nie zranić pochopnym krokiem, zbyt nieprzemyślanym gestem – jakby obawiając się, że osunę się, jeśli dokona niewłaściwych wyborów. Wreszcie wycofał się krokiem do tyłu, powstrzymując empatię i opóźniając wybuch uczucia. Pozwolił mi dokończyć:

– Pamiętam czarnobiałą, zakurzoną, nadniszczoną fotografię, a w niej dziadka Zygmunta, babcię i trzech chłopców ubranych w czarne marynareczki, ze świecami w ręku, jakby wszyscy szli do pierwszej komunii świętej. Wśród tych chłopców stał mój ojciec, ze zmarszczonymi brwiami, z zaciśniętymi ustami, wpatrzony w nieokreślony punkt za obiektywem. W starych albumach znalazłem jeszcze swoje zdjęcie z komunii, przyłożyłem do tamtego i choćbym wówczas chciał, nie mogłem już wyrwać tego korzenia. Byłem nim, jego skórę zdjęto i naciągnięto na moje ciało, owinięto je nią jak zasłoną mającą nie przepuścić ani fotonu światła. 

Jonasz położył delikatnie rękę na moim ramieniu.W promieniach poranka jego twarz nasycała się jakimś miękkim konturem. Poczułem, że czas wracać. 

środa, 19 września 2012

Z dziennika: 18 września

Osiemnasty

1

Rok temu o tej samej porze siedziałem znudzony w pracy, pełen niepokoju, jakim zawsze naznacza mnie dzień urodzin, bez planów na wieczór i na przyszłość. Żyłem w skorupie stworzonej dla własnych potrzeb, choć czasem z niej się wymykałem, spotykałem się z ludźmi, piłem, a następnie wracałem do swojego małego pokoju na Ursusie. W wolnych chwilach między zbyt absorbującą pracą a prozą życia codziennego tworzyłem rysunki. Niedawno Andrzej Olczyk wspominał: „pamiętasz, jak opowiadałeś mi, że gdy siedziałeś w pracy i nikt nie patrzył, wyciągałeś blok z szuflady i rysowałeś – to jesteś cały Ty”. Tak, Andrzeju. Pamiętam także to, jak gwałtownie przerywałem rysowanie, gdy nagle do sklepu wszedł klient i wspominam napięcie, z jakim szybko wracałem do zaczętego dzieła.

Dziś jestem w innym miejscu na kuli ziemskiej, posługuję się innym językiem, mam inne plany i marzenia. Pomiędzy mną dzisiejszym a tym sprzed roku popękał grunt i wypiętrzono przepaść. Jestem silniejszy, świadomy i pełen wiary w obraną drogę, choć poznałem także pełniejszy smak absurdów nieporozumień, zazdrości, a nawet zawiści. Wspólnie z Karolem Samselem wydaliśmy zbiór AltissimumAbiectum – tom bolesny, wielopłaszczyznowy i niejednoznaczny, który kosztował nas pięć miesięcy intensywnej pracy. Od dziecka marzyłem o własnej książce. Tom wypełnił tę potrzebę: zakończył pracę trzech ostatnich lat i zamknął między kartami niedomkniętą dotychczas historię. Pod płaszczem mojej biografii Samsel wprowadził wiele nowych przestrzeni, których odkrywanie okazało się najbardziej fascynujące.

„Kreskowa technika Schodowskiego sprawia, że twarze na jego portretach wyglądają jakby były pozbawione skóry, składały się jedynie z mięśni i nerwów. W ten sposób zostaje pominięta zewnętrzność i, niczym na planszach anatomicznych dla studentów medycyny, dochodzi do przedstawienia wnętrza. Ale to wnętrze dalekie jest od realistycznej konwencji rysunku medycznego. Schodowski nie komentuje bowiem fizyczności, skupia się na doznaniu psychicznym. Postaci z jego obrazów aż nazbyt jednoznacznie wyrażają rezygnację, depresję, alienację. Są nie tyle uwolnione od rzeczywistości, ile z niej wyrugowane. Kto tego dokonał? Dlaczego? Ile jest w tym osobistego doświadczenia artysty, a ile subiektywnej, wrażliwej obserwacji otaczającego go świata, koncentracji na tym, co przez większość społeczeństwa odrzucone?" 

/Dwugłos jednobrzmiący, Tadeusz Olszewski/

Doczekaliśmy się recenzji jednego z moich pierwszych autorytetów, Tadeusza Olszewskiego. Poznałem go w 2004 roku w Mikołajkach, gdy zaczynałem pisać. On jednym ruchem przekreślił wszystko i powiedział, bym skupił się na sztukach plastycznych. Był mistrzem surowym i wymagającym, mimo to podał pomocną dłoń: – „chcesz? – mówił – to najpierw poczytaj trochę dobrej literatury”. Tą drogą trafiły w moje ręce powieści Irvinga, Kawafisa i wielu innych. Jednakże najcenniejsza okazała się Jesień z Audenem – zbiór, który otrzymałem od Tadeusza w prezencie. On kształtował moją literacką wrażliwość i doprowadził do stanu, w którym wreszcie odkryłem w sobie katastrofizm Jesieni. Gdy w 2009 roku Tadeusz zaprezentował Tropiki smutku, byłem poruszony i szczęśliwy, że mogłem w tym wydarzeniu uczestniczyć. Zaprojektowałem nawet okładkę, ale Tadeusz ją odrzucił – była zbyt depresyjna.
W lipcu postanowiłem odwiedzić go z Karolem w mieszkaniu. Znałem to miejsce doskonale. W 2006 na krótko, gdy stawiałem pierwsze kroki w stolicy, znalazłem w nim schronienie. Nigdy nie zapomnę półmroku i unoszącego się w powietrzu zapachu biblioteczki wypełnionej po brzegi, a także okrągłego stolika - świadka postawionego przy oknie.
To niemal nieopisane. Mam wrażenie, jakby koło się zatoczyło. Po wielu latach sam podejmuję „próbę dziennika” i uwrażliwiam się na słowo. Co tydzień puka listonosz z kolejnymi paczkami książek w języku polskim.

„Trzecie podejście do twórczości poety milknącego wykonałem za sprawą niezwykłego zbioru tekstów i obrazów, jakim bez wątpienia jest AltissimumAbiectum (2012) Karola Samsela (wiersze) i Krzysztofa Schodowskiego (ilustracje). Zbiór jest czystą emanacją tego, co w literaturoznawstwie zwykło się określać słowem ekfraza, a historia narodzin tej książki mogłaby posłużyć za temat osobnego szkicu. Od razu też pojawiają się pytania: co tutaj jest dopełnieniem czego?, jak teksty z tej książki mogłyby istnieć (i czy w ogóle mogłyby istnieć) bez swoich źródeł odnajdywanych w grafikach Schodowskiego?, w jakim stopniu ekfraza może być także opowieścią o tym, co w poecie świadomie ukryte, co trwa wyłącznie w jego pogłębiającym się milczeniu? A pytam o to nie bez powodu. Teraz już wiem, że Karol Samsel jest nie tylko osobą bardzo zapracowaną, ale także kimś, kto zdecydowanie chroni swoją prywatność przed wszelką nadmiarowością konsumpcji i spotkań towarzyskich, przed jałowym blichtrem świata literackich celebrytów, ale mówi także o sobie: <<pracuję w samotni i cenię każdy głos zwrócony w moim kierunku, odczuwam go podwójnie, potrójnie, mnożę przez siebie>>”.

/Światy równoległe, Krzysztof Szymoniak/

Słowa Tadeusza podkreśliły plastyczną dominantę książki. Na początku września trafiło jednak do nas studium Krzysztofa Szymoniaka oscylujące wokół poetyki zbioru. Po jego lekturze pod wpływem impulsu niezrozumiałego nawet dla mnie napisałem do autora recenzji długą wiadomość. Nigdy nie zdarzyło mi się stworzyć listu w podobnym – tak intymnym tonie. Stał się on mimo to preludium do wymiany myśli i okazją do otwarcia twórczością Szymoniaka nowych horyzontów. Stworzyłem infrazę, a według niego stało się to „czystym, żywym dowodem na to, że uprawianie literatury (a sztuki w ogóle) ma sens, gdyż nasze wytwory prędzej czy później trafiają na właściwy grunt. Jak ziarno rzucone w żyzną glebę, które obumiera, aby wydać plon”. Arystoteles mówił, że „prawo jest czystym, wyzbytym żądzy rozumem”, ale ja zmienię kontekst tej frazy – sztuka tworzenia jest bowiem czystym, wyzbytym żądzy impulsem.

artpubliteratura.blogspot.com
2

Na skutek podobnych impulsów powstała Artpub Literatura. Zaczęło się od poezji zmarłego 6 sierpnia 2010 roku Andrzeja Jopowicza, autora tomiku wierszy Czerwona winnica. Dwa miesiące temu w Buskim Samorządowym Centrum Kultury Karol poprowadził spotkanie poświęcone nieżyjącemu. Po tym wydarzeniu wiele dyskutowaliśmy o ocalaniu spuścizny zmarłych. Postanowiliśmy – stworzymy stronę o zapomnianych kaskaderach literatury. Ja zaproponowałem, że zaproszę plastyków do tworzenia portretów wrażeniowych. W tym samym czasie rozmawiałem z Dominiką, że chciałbym obecności Karola w inicjatywach Artpubu. Tak powstała nowa idea, którą jeszcze tego samego dnia opisałem Jackowi Witczyńskiemu. 

Nie spodziewałem się, że praca nad portretami wrażeniowymi stanie się tak nieporównywalnym doświadczeniem. Dla mnie okazała się drogą ku odkrywaniu wysp literatury. To mój własny sposób, środek, narzędzie i źródło siły – aby nadrobić zaległości w czytaniu przeniesione w dorosłe życie z domu rodzinnego. Gdy zapraszam zaprzyjaźnionych artystów do wykonania portretu lub infrazy, wcześniej przeglądam zdjęcia poetów zachowane dla potomności i kierowany intuicją wysyłam plastykom propozycje, w których – jak uważam – odnaleźliby się stylistycznie.

Drogi redaktorze /infraza/
Wu
Na początku września napisałem do Wu z prośbą o wykonanie infrazy do tekstu Drogi redaktorze Andrzeja Babińskiego: „Coś czuję, że byłby to Twój klimat” – dodałem, aby po ludzku zachęcić. Wu nie znał tej dykcji, ale uwiodły go podrzucone mu fragmenty. Szybko zabrał się do pracy, w międzyczasie korespondując ze mną intensywnie. Pewnego dnia otrzymałem wiadomość: „W domu, gdzie mieszkam, jest taki zwyczaj, że ludzie wykładają zbędne im książki na małym stoliku na parterze i kto chce, zabiera sobie, co mu się spodoba. Ostatnio Nitka zgarnęła stamtąd przed wyjazdem na Mazury parę książek, wśród których znalazły się wspomnienia Zofii Kucówny. Na stronie 11. autorka opisuje, jak to czytała wiersze na wieczorze autorskim Andrzeja Babińskiego w warszawskim <<Remoncie>> i rozmawiała z autorem sprawiającym wrażenie kosmity. Ja nigdy wcześniej o człowieku nie słyszałem, a tu masz”. Gorąco dziękował za odkrycie Babińskiego, tłumacząc, że zawsze miał słabość do outsiderów w rodzaju Fernardo Oreste Nannettiego, Judith Scott czy Edmunda Monsiela. Kochał w nich autentyczność – ten stan absolutnego uniewinnienia, który czynił z nich „komunikatory nadświadomości”. Dla niego tylko oni byli godni miana prawdziwych artystów, do tego stopnia zatopionych we własnym wnętrzu, że aż (paradoksalnie) pozbawionych siebie.

Gdy Wu skończył, oświadczył w liście kolejnym: „To jest Babiński w moich oczach... a może raczej rodzaj hybrydy po części będącej nim, a po części mną. Bo czytając kilka jego wierszy... poczułem wibrację wzbudzoną rezonansem pokrewnych częstotliwości. Taka metaAkustyka, którą można by rozpatrywać jako szczególny dział metaFizyki. Tak czy inaczej jestem Wam wdzięczny za to doświadczenie”. Jeszcze raz potwierdziły się moje głębokie przeczucia – praca nad portretami wrażeniowymi czy infrazą zawsze będzie filtrowana przez wrażliwość plastyka. Nie realizm przecież kieruje umysłem portrecisty albo infrastyka, ale silne wrażenie lektury, niemal zmysłowe doznanie dorobku pisarskiego.

3

Rok temu o tej samej porze siedziałem znudzony w pracy, pełen niepokoju, jakim zawsze naznacza mnie dzień urodzin, bez planów na wieczór i na przyszłość. Dziś jestem spokojny. Dwanaście ostatnich miesięcy to nie tylko intensywna praca, lecz także przepalający, niszczący i przebudowujący, wewnętrzny rozwój. Spotkania z niebanalnymi ludźmi i iskrzenie się dialogów. Zawsze musi stać się coś, by mogło stać się coś innego. Nic się nie dzieje bez przyczyny. Wszystko odkłada się na ziemi nieoczekiwanych, splatających się ze sobą w dziwnej konstelacji skutków i stanów rzeczy


środa, 5 września 2012

Z dziennika (8)

Roz-ż-ebranie 2012
Stworzyłem dziś rysunek, o którym nie wiem, co myśleć, nie potrafię także o nim niczego powiedzieć. Podobna sytuacja zdarzyła mi się tylko raz, gdy powstawało Roz-ż-ebranie. Wybór wtedy wydawał się prosty – nie mogłem wybrnąć z narzuconej przez siebie kompozycji, co więcej pierwszy raz wykorzystywałem motyw biblijny, aby opowiedzieć o własnych emocjach – dlatego na kilka tygodni odłożyłem rysunek. Wróciłem do niego po czasie, skończyłem pracę późną nocą i położyłem się. Śniłem sny dziwne, w których jakaś siła próbowała mnie przestrzec: przekroczyłeś granicę – mówiła, a ja czułem dłoń zaciskającą się na karku. Nad ranem obudziłem się zlany potem, niepewnie spoglądając na dzieło:
„Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą. 
Co tutaj opowiadam, poezją, zgoła, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument”.
/Ars poetica? Czesław Miłosz/

Dziś wieczorem zasiadłem do rysowania. Przypominały mi się słowa Rembrandta uspokajającego swoich uczniów zaniepokojonych tym, jak malować: „Zacznij! Dalej już samo pójdzie. Zacznij”. Miałem przed sobą białą kartkę. W takich chwilach nigdy nie wiedziałem, dokąd zaprowadzi mnie myśl. 

- Wczoraj w Charleville został zastrzelony ośmioletni chłopiec. Rodzina zadzwoniła do kwiaciarni, nie życzy sobie żadnych kwiatów - z oddali słyszałem głos George’a. Tu rzeczywiście jest taki zwyczaj: jeśli rodzice zadzwonią dzień wcześniej, na pogrzebie nie może być ani jednej wiązanki.

Od kilku dni żyłem w niepokoju. Czułem, że nadchodzi przesilenie i muszę pozwolić sobie na wypoczynek. Myślałem o mamie piszącej długi list o swoim życiu – list, który niebawem miał do mnie trafić, o nieporozumieniach, które doprowadzają do ran i okresów milczenia. Otaczałem się książkami, zastanawiałem się nad poezją Krzysztofa Szymoniaka, którą niedawno wydobyłem z sieci. Wczoraj przeczytałem poemat „Nasza mała metafizyka”. Wywarł na mnie potężne wrażenie, wracałem do niego kilka razy. Najprawdopodobniej to spowodowało, że podświadomie wyrysowałem zapamiętany nastrój. Oddałem się zupełnej improwizacji, igrałem formą, nie myśląc o finale. Ku mojemu zdziwieniu przedstawiłem popiersie przypominające maszynę z poematu. Być może jestem wyłącznie narzędziem, przez które przepływa idea i jedyne, co pozostaje, to schwycić ją i uwiecznić.
"Niedawno spotkałam niesamowitą amerykańską poetkę Ruth Stone. Powiedziała mi, że kiedy dorastała na wsi w Virginii, czasem podczas pracy na polu czuła i słyszała wiersze, które przychodziły do niej znad krajobrazów jak grzmiący słup powietrza. I czuła jak się zbliża, ponieważ ziemia trzęsła się pod jej nogami. Wiedziała, że w takim momencie może zrobić tylko jedną rzecz, czyli biec najszybciej jak się da. Biegła do domu i szukała papieru a wiersz przepływał przez nią. Łapała go za ogon i wciągała z powrotem do siebie w trakcie zapisywania na papier. I w tych przypadkach, wiersz wychodził na papierze doskonały i w całości lecz odwrotnie, od ostatniego słowa do pierwszego”.
/O wspomaganiu kreatywności Elisabeth Gilbert/

NAUMANN IDEAL 2012
"Tak. Dlatego dzisiaj, po siedemdziesięciu dziewięciu (może po stu siedemdziesięciu dziewięciu, co to w końcu za różnica?) nieudanych próbach skutecznego zerżnięcia
koleżanki Muzy, mogę bez ceregieli, czyli większych tzw. emocji, napisać:
że krzesło na którym siedzę jest brązowe
że maszyna na której teraz piszę jest czarna
zabytkowa i nazywa się NAUMANN IDEAL
że na zielonej podłodze mojego poddasza wala się
ładny szmat rozpierdolonego życia
że resztka miłości leży jak pies z nosem przy
moim bucie i czeka na wieczorny spacer
że powoli rozpadam się cały jak fontanna
(to z innego poety)
że w czerwcu tego roku minie siedem lat mego
nowicjatu, po którym mogę zamieszkać niczym
Szymon Słupnik na najwyższym kominie w mieście
i odnosić w tym fachu spektakularne sukcesy
że tak naprawdę to nie mam odwagi skończyć
z tym wszystkim, np. osiedlając się
w Neapolu na via Spaventa
albo wyskakując z dziesiątego piętra
na betonowy trawnik wprost pod nogi
dojrzewających nastolatek obryzgując je
mózgiem i krwią serdeczną
aby w zamian usłyszeć bluzg rzucony w zaświaty:
„Tak kończą pojebani faceci”
że latem w ciepłe noce kładę się na dachu
patrzę w niebo liczę sztuczne satelity
i okruchy planetoid
a potem płacząc próbuję porozumieć się
na migi z Ojcem-Kosmosem
że nie przeszkadza mi zbytnio gdy sąsiad
gra na puzonie strasznie przy tym kalecząc
nuty i moje uszy bo przecież
weselni grajkowie też są potrzebni
na tym najpiękniejszych ze światów" 
/Fragment: Nasza mała metafizyka Krzysztof Szymoniak/

środa, 29 sierpnia 2012

List do Izabeli

Dojrzewamy do nowych przeczuć


Re: dojrzewamy do nowych przeczuć

Ostatnie oddechy sierpnia i dół nieba cięty od deszczu. Kreskami rozprawiam o świadomości - ma własną konsystencję światła, wyostrza kontur i zapach. Zapowiada spokój nadchodzących zmian, podróż do bram ogrodu.

W planach trwa walka szarości. Tamtej wiosny, gdy stwardniała ziemia budziła się do życia, zatrzymywało nas szarpnięcie zaciskanej na ramieniu ręki.

- Cieszyć się tym, że jeszcze jest siła, by stawiać dom. Mieszając zaprawę na fundamenty, nie zapominać o drzewach, niech powoli rodzą się przyszłe smaki - powtarzałem na moment przed wejściem.

Na mapie czułości sonary naświetliły niewielkie wibracje oceanu, a "słowa nieoczekiwanie złożyły nowe całości, stały się bezwstydne. Pochłonęły kilka złych nocy i kilku dobrych przyjaciół, nim puściły soki i korzenie".

Położę głowę na Twoim ramieniu, gdy mnie nie będzie.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Z dziennika (7)

Autoportret tragikomiczny Andrzej Olczyk
linoryt, 50x40,5cm

1

Jeśli miałbym napisać, czyje prace wywarły na mnie największe wrażenie i zostawiły ślad najtrwalszy, wymieniłbym niewątpliwie linoryty Andrzeja Olczyka. Poznaliśmy się w czerwcu 2007 roku na jednym z portali artystycznych. Nie mogłem wtedy uwierzyć, że ludzka ręka jest w stanie ciąć w ten sposób linoleum. Przyglądałem się grafikom godzinami, analizując kontur za konturem. Wydawało się, że nie ma tam przypadkowości, że każda kreska jest na właściwym miejscu, starannie przemyślana i wyważona. Poza niezwykłością warsztatu czułem, że łączy mnie z Andrzejem coś więcej, coś nieuchwytnego w definicjach: ta sama potrzeba tworzenia, podobna emocjonalność.

Przyznaję – kopiowałem jego linoryty. Chciałem poznać każdy ich fragment, a zwłaszcza odcienie szarości, na które szczególnie wyczuliłem oko. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że tak głęboka podróż stworzyła podwaliny mojego stylu, w tamtym czasie – jeszcze niekompletnego. Odkrycie Andrzeja było dostrzeżeniem światła w ciemnościach, znalezieniem drogowskazu, którym musiałem podążyć.

– W domu z dzieciństwa pachniało olejem lnianym i terpentyną – zwierzał się Andrzej – gdy miałem 12 lat, trafiły mi w ręce Zwierzęta z mojego szkicownika Sokołowskiego i natychmiast postanowiłem zostać jak on rysującym ornitologiem. Rysowałem bardzo dużo, a jedynym tematem były zwierzęta: hodowane papugi, owady, traszki. Potem w szkicowniku pojawili się ludzie, a także przedmioty. Z czasem zauważyłem, że w trakcie rysowania odkrywam świat nowy i niewidzialny. Był coraz bliżej, jednak zawsze w końcu wymykał się, a co gorsza – rozrastał.

Andrzej od dziecka fascynował się naturą. Po dzieciństwie spędzonym w okolicach hut, kopalń, w szarościach i brudnych fioletach, przeprowadził się z rodzicami na wieś. Tam nastąpiła eksplozja radości. Spacerował po lesie, zatrzymywał się, widząc wykroty. Fotografował je. Widział w nich "miejsca, w których zaczyna się nowe życie", nazywał "wściekłą przyrodą, w której wszystko zostało napięte, naprężone". Miał prawdopodobnie siedem albo osiem lat, gdy ojciec zabrał go do lasu. Wycinali z wykrotów najładniejsze korzonki, które potem oczyszczali z kory, lakierowali i naklejali na podstawki jako miniaturowe imitacje drzew. 

– Ojciec sprzedawał je w cepelii, wtedy zaczęliśmy mieć pieniądze. Chwalił mnie, że wybierałem najładniejsze korzonki. Moje wykroty w grafikach nie były świadome tego wspomnienia – wyznawał – jednak coś mnie do nich ciągnęło i tak stały się głównym tematem linorytów.

Dzieło Andrzeja rozszarpało mnie, stałem się jego więźniem. Ruszyłem w podróż bez powrotu. Dryfowałem w morzu szarości i refleksów, przemierzałem wykroty, ślady, planety i czułem pustkę, która była mi dziwnie bliska – pełna mądrości, pokory nad światem. Stała się moim azylem i wewnętrzną udręką. Przeglądałem się w niej. 

Droga Andrzej Olczyk
linoryt, 58x52cm
2

Po wspólnej wystawie w warszawskim „Autografie” wszystkie prace Olczyka trafiły do mojego trzynastometrowego pokoju na Ursusie. Przez rok żyłem obok nich. Dostrzegałem fascynacje Gielniakiem, a także Dürerem i wspominałem słowa Andrzeja o jeźdźcach Apokalipsy: „Linearyzm Dürera jest cudowny w połączeniu z barwnością pierwszego planu”. 

Koleiny Andrzej Olczyk
linoryt, 50x40cm
Rozprawialiśmy, jak ważna w naszym życiu jest muzyka, opowiadałem mu o swojej przygodzie w zespole rockowym. U niego stawała się tłem stopniowo nabierającym znaczenia pierwszego planu, zwłaszcza – klasyczna. Koleiny powstawały do I symfonii Brahmsa: „Wtedy jej nie rozumiałem, była dla mnie za trudna”.

– Świadomość tego, jak dźwięk wpływa na tworzenie, pozwoliła mi wykorzystywać siłę muzyki – wyjaśniał Andrzej – kiedy słucham Szostakowicza, on prowadzi mi rękę, wiem jak rysować, to rzecz niezwykła. W podobny sposób powstały Późne kwartety Beethovena – dodawał po chwili.

Całe życie wykonywał dużo zamówień, malował głównie po to, by zdobyć pieniądze na dom. Mało było obrazów, które mógł zrobić tylko dla siebie, a nawet i te były skażone myślą, by je sprzedać. Ostatnie płótna są już bardzo osobiste. Warsztat staje się w nich narzędziem wydobytym poza naturę. Andrzej uważa, że tworzymy bezwarunkowo – choćby po to, „aby uzewnętrznić pokłady własnych emocji”.

– Jeśli tworzymy z myślą o kimkolwiek innym, uprawiamy rzemiosło – ocenia jasno i z rozmysłem.

Oni Andrzej Olczyk
olej na płótnie, 72x58cm

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Z dziennika (6)


Wyraz twarzy Jonasza zawsze pozostawał ten sam: ściśnięte wargi, lekko wygięte brwi i źrenice, w których niemal od razu byłem w stanie rozpoznać znajomy rodzaj melancholii. Nie potrafię jednak tego człowieka odmalować. Spotkałem go niedawno w Charleville przy starym protestanckim kościółku, w którym teraz znajduje się biblioteka.

- Przechodziłeś kiedyś tędy o ósmej rano? - pytał - Spójrz, proszę: za kościołem jest cmentarz, obecnie przypomina trawnik. Płyty nagrobne oparte o mur dookoła kiedyś leżały na ziemi. Przeniesiono je tam, by łatwiej przycinać trawę.

Mimo że mieszkam tu od pół roku, znałem już tę historię: kościół znajdował się dokładnie w połowie drogi, między szkołą żeńską a męską. Zanim rozpoczynały się pierwsze zajęcia, wczesnym rankiem na cmentarzu spotykały się młode pary. Widzę je dzięki sile pamięci: stoją pod murem przy płytach nagrobnych, zamknięte w swoich ramionach niczym ofiary pierwszych namiętności czekające na rozstrzelanie. Ćwiczą pierwsze pocałunki, rozkładają w czasie pierwsze doświadczenia czułości i dotyku.

- Czasem czuję się jak satelita oczekująca na jakikolwiek sygnał - głos Jonasza zmienił barwę na ciemną - Zamknąłem się. Cerowałem pancerz tak solidnie, że boję się... nie wyczuję emocji, na które czekałem życie.

Niedaleko głównej ulicy wynajmował mieszkanie, które jeszcze kilka miesięcy temu przerośnięte było od ciszy i jakiegoś zapachu utraconych miłości - zapewne właścicielki przeciągającej przez łóżko tuzin kochanków, szukającej w każdym z nich miejsca dla siebie. Któryś miał przynieść ukojenie i spokojny byt, jednak domki z kart stawiane z dziecięcą niezręcznością rozsypywały się niemal od dotknięcia.

A co z jego dotknięciami? Pancerz wrastał w kręgosłup, sztywniały palce, Jonasz zaś doświadczał czegoś niewyraźnie i wielopłaszczyznowo. Przez wiecznie zapętlający się sznur, stracił zbyt wiele prologów, głównych wątków. Liczył na ciągi dalsze i bliższe, rozumiejąc zarazem, że oprócz silnych emocji nie może ofiarować nic więcej.

Nie potrafię tego człowieka odmalować. Przeciwny biegun przyciąga nas do siebie i poniekąd scala. W tej wyimaginowanej przyszłości każdy mimo to dryfuje osobno, z inną paletą pragnień. Wierzymy, że wytrwamy w tym, co nas określa, choć pod skórą czujemy już powolną mutację każdej wartości. Ja przeciwko Jonaszowi. Ja dla Jonasza.

środa, 8 sierpnia 2012

Z dziennika (5)


Lubię moment, gdy samolot wzbija się ponad wędrujące chmury. Wtedy ukazuje się przestrzeń, w której jestem nieskrępowany i wolny. Pozostawione na dole przywary i ułomności nie docierają tak wysoko. Tu odpoczywam, moje myśli są czyste, bez brudu na rękach i stopach.

Ostatnio zauważam, że ludzie nie dowierzają, gdy mówi się im: u mnie jest dobrze. Niektórzy patrzą uważniej, jakby oczekiwali, że za moment usłyszą coś, co stanie się sygnałem nadchodzących narzekań i wydobędzie na powierzchnię piętno: żal i agresję, spowodowane najmniejszymi niepowodzeniami. Najłatwiej jest wyrazić smutek - trudniej nauczyć się mówić o radości i najprostszych dobrych gestach. 

Im dalej sięgam wzrokiem, błękit staje się łagodniejszy i delikatniejszy. Wciąż pozostaje ten sam, choć bliżej skrzydeł samolotu - wydaje się ciemniejszy, zmieszany z szarością. Spotkanie z Karolem było krótkie, ale intensywne. Spędziliśmy pięć godzin w restauracji, rozmawiając o sztuce, muzyce i literaturze. Ludzie spoglądali na nas jak na szaleńców, gdy czytaliśmy na głos fragmenty książek i wierszy. Późnym wieczorem zabraliśmy się do pracy - ja rysowałem, Karol pisał wiersz do powstającego rysunku.

"Jak byłem chłopcem, miałem siedem czy osiem lat, zapytałem filozofa autentycznego: jak ja mam tu rękę lewą, tu rękę prawą, to między nimi jest przestrzeń? Tak - patrzy na mnie - no jest. A co się z tą przestrzenią dzieje, jak ja biorę ręce za siebie? - O szczeniaku, to Ty chyba filozofem będziesz" - z głośników laptopa dobiegał głos Zbigniewa Makowskiego, polskiego surrealisty i fragmenty audycji radiowej Dwójki - "Każde wielkie dzieło sztuki jest zwycięstwem nad słabościami i wątpliwościami. Jak ktoś nie ma wątpliwości to nie jest artystą, tylko psychopatą".

O trzeciej nad ranem, gdy stawiałem ostatnie kreski, Karol kończył. 

Milczenie o potędze fali na wodzie
Il Gesu - Karol Samsel

Krzysztofowi –
w odpowiedzi

wieczna miłości, jak mogłaś? dla ciebie
zarżnęliśmy matkę twardym ząbkiem
książeczki do nabożeństwa. i nie dość
jeszcze łez ni swaru?

a stało się więcej:
przygotowani do święta wiosny
zabiliśmy pierwszych kapłanów
lata (dziś jeszcze pamiętam
promień, który piął się po
pączkującym i owrzodzonym).

niewiele później upadł kalendarz:
tę niedzielę zawinęliśmy w mięso
fortepianu i nazwaliśmy płaczem
nad ręką dvořáka.

(głowy, z których wykluwa się śnieg,
nie są głowami przyjaciół. głowy,
z których wykluwa się wstążka,
nie są głowami wrogów).


Za oknem chmury zastygły w mleczny kożuch porzucony na linii horyzontu. Dostałem od Karola Dzienniki 1931-1934 Anaïs Nin. Nie sposób się od nich oderwać. Już pierwsze strony okazały się doskonałe:

"Niektórzy nigdy nie dochodzą do stanu świadomości. Przypominają ludzi, którzy w śniegu zasypiają na zawsze. Ale mnie to nie grozi, gdyż mój dom, mój ogród, moje piękne życie nie wprawia mnie w stan letargu. Zdaję sobie sprawę, że tkwię w pięknym więzieniu, z którego mogę się wyrwać tylko poprzez pisanie. A więc książkę o D.H. Lawrensie napisałam z wdzięczności, gdyż to on mnie obudził".

Od niedawna mam poczucie, że obudziłem się z długiego snu, że przestałem spoglądać na życie przez szybę.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Z dziennika (4)

Po północy w Wilnie jest bardzo gorąco. Na lotnisku, które przypomina przedwojenne rosyjskie dworce, nie ma zbyt wielu podróżnych. Ciszę przerywa szum odrzutowców, litewskie frazy, euforia pasażerów wylewających się z samolotu. Po zameldowaniu kilka godzin odpoczynku. Z uchylonego okna dobiega stukot plastikowych kółeczek walizek przejeżdżających po kostce brukowej. W ich rytmie zasypiam.

Z Ryszardem Soroko, 28.11.2008
Na Wileńszczyźnie wspominam ś. p. Ryszarda Soroko. Był moim przyjacielem. Łączył w sobie wiele sylwetek: starosty, organizatora festiwalu muzyki kresowej w Mrągowie, bezinteresownego animatora kultury. Nasze spotkanie było dziełem przypadku – pracowałem jako kelner w ośrodku rządowym. Tamtego dnia stałem za barem, obsługując bankiet dla polityków Warmii i Mazur. Późnym wieczorem drinka zamówił starszy, siwy mężczyzna. Do tej pory trudno mi przywołać wszystkie jego cechy: śmiałe poczucie humoru, życzliwość, elokwencję. To wszystko zamknięte w przeraźliwie smutnych oczach, których koloru już nie pamiętam. Narzekał na sztuczność eventów takich jak ten, pytał, co robię w życiu, mówił o sobie. Powiedziałem mu o swoich fascynacjach sztuką.

Nasz dialog stał się początkiem przyjaźni. Ryszard postanowił zakupić ode mnie obraz. Pamiętam jak dzisiaj: pytałem go, czy zna ludzi mogących mi polecić podręczniki do sztuki, z których mógłbym nabyć podstaw rysunku. Jak tylko otrzymał obraz, zaprezentował go Piotrowi Dondajewskiemu, prezesowi ZPAP w Olsztynie. On stwierdził krótko: „coś w tym chłopaku jest, trzeba mu pomóc”. Niedługo później nabierałem już pierwszego szlifu w Policealnym Studium Plastycznym Rzemiosł Artystycznych w Rzepczynie, do którego skierowali mnie Dondajewski i Soroko.

Skończyłem szkołę wyłącznie dzięki tym, którzy we mnie wierzyli. A było ich niewielu. Moim podziękowaniem miała stać się wystawa powstającej w tym czasie grupy Artpub. W listopadzie 2008 roku w olsztyńskiej galerii ZPAP zorganizowałem wernisaż. Podczas spotkania zabrał głos Ryszard. Mówił z niemałym wzruszeniem o dostrzeganym przez siebie rozwoju, o różnicy między mną z tego czasu a „zahukanym chłopcem” sprzed czterech lat. Nie tylko z tego powodu wernisaż okazał się wyjątkowy – była to jedyna wystawa, w której uczestniczyli moi rodzice.
Pożegnanie 2009

Ryszard odszedł pół roku później. Na miesiąc przed śmiercią zadzwonił do mnie, gdy postęp choroby był znaczący. Miałem wrażenie, że już mnie nie słuchał. Ton jego głosu stał się wyciszony, a wręcz ledwie słyszalny. Dopiero potem zrozumiałem, że było to pożegnanie. O śmierci Ryszarda pierwsza poinformowała mnie mama. Informację podało Radio Olsztyn. Później otrzymałem list od Piotra Dondajewskiego o wstępnej dacie pogrzebu – 30 maja 2009 roku, około południa, cmentarz w Mrągowie. Ceremonię poprowadził duchowny akademicki, muzykolog z UKSW, który - po zakończonym obrzędzie – zbliżył się do mnie i podziękował za obecność: „Dziękuję, że przyjechałeś. To było dla niego ważne”.

Po powrocie nie mogłem poradzić sobie z pustką i nieobecnością. Dlatego narysowałem Pożegnanie – może tak usiłowałem ukryć ból po utracie. Ilekroć oglądam ten rysunek-kamuflaż, przywołuję wspomnienia o Ryszardzie – osobie wyjątkowej, która pomogła mi odnaleźć własną drogę.

Nazajutrz opuszczamy Wilno, stukot plastikowych kółeczek i niewielki hotelik naprzeciw terminala. Ruszamy w kierunku Gołdapi, mijamy barwne miejscowości, których nazwy kończą się na „-iszki”, „-iki”. George podąży szlakiem pejzaży swojego dzieciństwa. Mnie czeka spotkanie z Karolem Samselem i kilkudniowe „twórcze wariacje”.

wtorek, 24 lipca 2012

Karol Samsel: Medea

"Rękawiczka"
Innokrzyk

Na czym polega zaprawa ręki?
Cz. Miłosz

1. och jaki niezdarny, nieposłuszny chłopiec!
wciąż słyszę trzaskanie jego spodenek,
jabłuszko jego serca słyszałam 
bijące. słyszałam przebite:

aj! piękne są dni skracane
kolczykiem. 

2. jeszcze kropla, jeszcze akt
wprawdzie tętent, wprawdzie znak
jakby-obrzęd, niby-blef
na wpół skutek, na wpół zew.

jeszcze słoje, jeszcze sęk
wprawdzie krawędź, wprawdzie lęk
jakby święto, rychłozrost
na wpół z obaw, na wpół z trosk.

3. mój Boże jaki dziwny, rąbkocierpki synek!
szpak, wisus, ciepła rączka karmiona 
bochnem trwóg. niebo złote rozetnę
by klucze bosych stóp 

mogły zsunąć się z globu,
kręcąc w słońcu młynek. 

4. jeszcze kropla, jeszcze akt
wprawdzie tętent, wprawdzie znak
jakby-obrzęd, niby-blef
na wpół skutek, na wpół zew.

jeszcze słoje, jeszcze sęk
wprawdzie krawędź, wprawdzie lęk
jakby święto, rychłozrost
na wpół z obaw, na wpół z trosk.

niedziela, 22 lipca 2012

Z dziennika (3)

Motywy listu i wiadomości powtórzyły się w moich rysunkach dwukrotnie: pierwszy w grudniu 2009 roku, drugi w lutym obecnego. Oba dotyczyły tej samej historii, jednak opowiadanej z różnych perspektyw. Inspiracją do prac był obraz Vermeera namalowany około 1657 roku: Młoda kobieta czytająca list. To jeden z moich ulubionych obrazów, widziałem go w Dreźnie. Przedstawia młodą kobietę wyjątkowo pochłoniętą treścią czytanej korespondencji. Można sądzić, iż odczytuje ona list miłosny, sugerują to bowiem owoce odwołujące się do grzechu Ewy. Pod warstwami farby kryje się także postać kupidyna, wykazana prześwietleniem rentgenowskim, która początkowo miała towarzyszyć kobiecie, a którą malarz zamalował. W tym złocisto-oliwkowym świetle czuć nieopisany nastrój, dama stoi naprzeciw otwartego okna, dzieli ją od widza stół z pofałdowanym dywanem. Ma się wrażenie, jakby obserwator spoglądał z ukrycia i uczestniczył w całej intymnej scenie.

Czytająca list, Vermeer
Istocie sportretowanej w Ostatniej wiadomości "wydaje się, że stale, że w sposób niezwykły jest narażona i wystawiona na niebezpieczeństwo, tak jak gdyby stała na szczycie skały, gdzie słabe pchnięcie z zewnątrz i drobna słabość od wewnątrz wystarczą, by strącić ją w próżnię" (Hesse). Jej „wewnętrzną słabością” jest oczekiwanie na wiadomość, która najpewniej nigdy nie nadejdzie. Dlatego sama postanawia ją stworzyć. Nie spodziewa się jednak, że każdym utrwalonym słowem pozbawi siebie energii i zamiast przynieść ulgę, spotęguje niepokój i pustkę. Murakami napisał: „Nie ma na świecie nic równie okrutnego, jak poczucie opuszczenia wywołane tym, że nie ma się na co czekać”.
W Liście nastąpiło odwrócenie: bohater otrzymał list, pękła skorupa, w oknie pojawiło się światło, które stało się centralnym punktem kompozycji.

sobota, 21 lipca 2012

Z dziennika (2)


Sobota. Autobus pełen ludzi, gęste powietrze, przedpołudnie. Jadę do pracy (oddychaj). Przystanek Trocka. Zwolniło się miejsce, siadam przy starszym mężczyźnie, ubranym w zielonkawy długi płaszcz.
- To najlepsze miejsce - słyszę po chwili.
- Dlaczego?
- Bo przy mnie - uśmiechnął się.
Rozbawiło mnie to bardzo, na chwilę zapomniałem o swoich dolegliwościach (oddychaj spokojnie i powoli).
- Wie pan - kontynuował - w dzisiejszych czasach ludzie już tak nie żartują... mało jest dowcipów, które nie obrażają...
Siedziałem obok niego, kiwałem głową. Skupiony byłem na gęstym, gorącym powietrzu w blaszanym autobusie, na uczuciu duszności, które od środowej nocy nie daje mi spokoju (zapomniałeś tabletek, ale nie myśl o tym, oddychaj).
- Mam siedemdziesiąt pięć lat i jestem wdowcem - mówił  - byłem na wojnie w Libii, żeby pan wiedział co tam się działo (...) u nas to tylko złodzieje i prostytutki, a tam? kojarzy pan bazarek, takie domki jak działkowe, na Bródnie?
- Kojarzę.
- Araby mieli taki sam bazarek, sprzedawali tam złoto, mogli spać i nikt nigdy niczego im nie ukradł... a tutaj? wyobraża pan sobie to u nas? od razu by go okradli... tam jest inna kultura... jak ukradniesz, nie żyjesz... i to jest w porządku... (...) na wojnie byli chłopcy w pana wieku lub trochę starsi, spuszczali ich w trumnach do ciemnych dołów... mieli całe życie przed sobą, zbyt beztroscy, choroba ich złapała, stąd tyle trumien...
(oddychaj, właśnie tak, spokojnie)
- Trzeba zrobić zakupki - opowiadał dalej - a wieczorem mecz... Barcelona i ktoś tam... jakaś silna drużyna... ale pewnie Barcelona wygra, kto wie. Teraz sam robię zakupy, ale mam wnuczka, lubię go... jak był mały zawsze pytałem go jak coś zrobić. On mi tłumaczył, a ja robiłem. Potem biegł do babci i mówił "Babciu, jaki ten dziadek głupi jest, nic nie wie. O wszystko mnie pyta". A ja go pytałem, mimo że znałem odpowiedzi... dzieci są szczere i zawsze mówią prawdę... wolę małe dzieci, u starszych nie wiesz, kiedy mówią prawdę i czy w ogóle mówią prawdę...
Autobus dojechał do celu.
- Życzę panu wszystkiego dobrego - rzekł starszy mężczyzna.
- Wzajemnie - odpowiadam poruszony jego historią, którą kodowałem zbyt wybiórczo by pozwolić sobie na bardziej wnikliwy komentarz.
- Życzę panu wspaniałej żony - uśmiechnął się znowu. - I żeby pana nie biła!

28.05.2011

Z dziennika (1)


Wróciłem kilka dni temu do domu, lot samolotem nie sprawia mi już trudności. Zazwyczaj zasypiam gdy tracę grunt pod nogami. To był ciężki tydzień, mało czasu, wszystko w pośpiechu. Na dłużej zatrzymało mnie Muzeum Narodowe w Warszawie, spędziłem tam aż dwa popołudnia. Obecność sztuki łagodzi i wprawia w przyjemne osłupienie. Na nowo odkryłem obrazy Boznańskiej, Ślewińskiego, Wojtkiewicza, wielu innych. Widziałem także "Pocałunek" Rodina. Ostatnio zwierzyłem się przyjacielowi: moje fascynacje Rodinem sięgnęły zenitu kilka lat wstecz, kiedy w myślach kreśliłem powrót do jego czasów. Uwiódłbym go, byłby moim kochankiem, mistrzem, wszystkim - żartowałem. Jest wielu artystów, którzy powodują szybsze bicie serca.
Nieustannie fascynuje mnie również obraz Riepina "Car Iwan Groźny i jego syn Iwan 16 listopada 1581 roku" namalowany w 1885 roku. Obraz przedstawia Iwana Groźnego i jego syna chwilę po tym, gdy car zadał Iwanowi Iwanowiczowi śmiertelny cios berłem w głowę. Car klęczy na dywanie, przyciągając do siebie półprzytomnego syna, obejmując lewą dłonią jego zakrwawioną głowę. Wyraz twarzy władcy wyraża szaloną rozpacz i spóźniony żal z powodu popełnionej zbrodni. To chyba jeden z najbardziej niesamowitych obrazów jakie widziałem, nic więc dziwnego, że obraz został "zasztyletowany" w Galerii Tretiakowskiej przez widza (wzbudzał skrajne emocje). Po tym zdarzeniu sam Riepin odnawiał obraz i pokazano go publicznie dopiero w 1913 roku.
Namalować dzieło, które wywoła najskrytsze emocje...
Chciałbym właśnie w taki sposób tworzyć, drążyć wspomnienia widzów, uruchamiać to co zastygłe w pamięci, budzić do życia każdą myśl, pozostawiać pole do niezliczonych interpretacji.

13.07.2012