środa, 29 sierpnia 2012

List do Izabeli

Dojrzewamy do nowych przeczuć


Re: dojrzewamy do nowych przeczuć

Ostatnie oddechy sierpnia i dół nieba cięty od deszczu. Kreskami rozprawiam o świadomości - ma własną konsystencję światła, wyostrza kontur i zapach. Zapowiada spokój nadchodzących zmian, podróż do bram ogrodu.

W planach trwa walka szarości. Tamtej wiosny, gdy stwardniała ziemia budziła się do życia, zatrzymywało nas szarpnięcie zaciskanej na ramieniu ręki.

- Cieszyć się tym, że jeszcze jest siła, by stawiać dom. Mieszając zaprawę na fundamenty, nie zapominać o drzewach, niech powoli rodzą się przyszłe smaki - powtarzałem na moment przed wejściem.

Na mapie czułości sonary naświetliły niewielkie wibracje oceanu, a "słowa nieoczekiwanie złożyły nowe całości, stały się bezwstydne. Pochłonęły kilka złych nocy i kilku dobrych przyjaciół, nim puściły soki i korzenie".

Położę głowę na Twoim ramieniu, gdy mnie nie będzie.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Z dziennika (7)

Autoportret tragikomiczny Andrzej Olczyk
linoryt, 50x40,5cm

1

Jeśli miałbym napisać, czyje prace wywarły na mnie największe wrażenie i zostawiły ślad najtrwalszy, wymieniłbym niewątpliwie linoryty Andrzeja Olczyka. Poznaliśmy się w czerwcu 2007 roku na jednym z portali artystycznych. Nie mogłem wtedy uwierzyć, że ludzka ręka jest w stanie ciąć w ten sposób linoleum. Przyglądałem się grafikom godzinami, analizując kontur za konturem. Wydawało się, że nie ma tam przypadkowości, że każda kreska jest na właściwym miejscu, starannie przemyślana i wyważona. Poza niezwykłością warsztatu czułem, że łączy mnie z Andrzejem coś więcej, coś nieuchwytnego w definicjach: ta sama potrzeba tworzenia, podobna emocjonalność.

Przyznaję – kopiowałem jego linoryty. Chciałem poznać każdy ich fragment, a zwłaszcza odcienie szarości, na które szczególnie wyczuliłem oko. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że tak głęboka podróż stworzyła podwaliny mojego stylu, w tamtym czasie – jeszcze niekompletnego. Odkrycie Andrzeja było dostrzeżeniem światła w ciemnościach, znalezieniem drogowskazu, którym musiałem podążyć.

– W domu z dzieciństwa pachniało olejem lnianym i terpentyną – zwierzał się Andrzej – gdy miałem 12 lat, trafiły mi w ręce Zwierzęta z mojego szkicownika Sokołowskiego i natychmiast postanowiłem zostać jak on rysującym ornitologiem. Rysowałem bardzo dużo, a jedynym tematem były zwierzęta: hodowane papugi, owady, traszki. Potem w szkicowniku pojawili się ludzie, a także przedmioty. Z czasem zauważyłem, że w trakcie rysowania odkrywam świat nowy i niewidzialny. Był coraz bliżej, jednak zawsze w końcu wymykał się, a co gorsza – rozrastał.

Andrzej od dziecka fascynował się naturą. Po dzieciństwie spędzonym w okolicach hut, kopalń, w szarościach i brudnych fioletach, przeprowadził się z rodzicami na wieś. Tam nastąpiła eksplozja radości. Spacerował po lesie, zatrzymywał się, widząc wykroty. Fotografował je. Widział w nich "miejsca, w których zaczyna się nowe życie", nazywał "wściekłą przyrodą, w której wszystko zostało napięte, naprężone". Miał prawdopodobnie siedem albo osiem lat, gdy ojciec zabrał go do lasu. Wycinali z wykrotów najładniejsze korzonki, które potem oczyszczali z kory, lakierowali i naklejali na podstawki jako miniaturowe imitacje drzew. 

– Ojciec sprzedawał je w cepelii, wtedy zaczęliśmy mieć pieniądze. Chwalił mnie, że wybierałem najładniejsze korzonki. Moje wykroty w grafikach nie były świadome tego wspomnienia – wyznawał – jednak coś mnie do nich ciągnęło i tak stały się głównym tematem linorytów.

Dzieło Andrzeja rozszarpało mnie, stałem się jego więźniem. Ruszyłem w podróż bez powrotu. Dryfowałem w morzu szarości i refleksów, przemierzałem wykroty, ślady, planety i czułem pustkę, która była mi dziwnie bliska – pełna mądrości, pokory nad światem. Stała się moim azylem i wewnętrzną udręką. Przeglądałem się w niej. 

Droga Andrzej Olczyk
linoryt, 58x52cm
2

Po wspólnej wystawie w warszawskim „Autografie” wszystkie prace Olczyka trafiły do mojego trzynastometrowego pokoju na Ursusie. Przez rok żyłem obok nich. Dostrzegałem fascynacje Gielniakiem, a także Dürerem i wspominałem słowa Andrzeja o jeźdźcach Apokalipsy: „Linearyzm Dürera jest cudowny w połączeniu z barwnością pierwszego planu”. 

Koleiny Andrzej Olczyk
linoryt, 50x40cm
Rozprawialiśmy, jak ważna w naszym życiu jest muzyka, opowiadałem mu o swojej przygodzie w zespole rockowym. U niego stawała się tłem stopniowo nabierającym znaczenia pierwszego planu, zwłaszcza – klasyczna. Koleiny powstawały do I symfonii Brahmsa: „Wtedy jej nie rozumiałem, była dla mnie za trudna”.

– Świadomość tego, jak dźwięk wpływa na tworzenie, pozwoliła mi wykorzystywać siłę muzyki – wyjaśniał Andrzej – kiedy słucham Szostakowicza, on prowadzi mi rękę, wiem jak rysować, to rzecz niezwykła. W podobny sposób powstały Późne kwartety Beethovena – dodawał po chwili.

Całe życie wykonywał dużo zamówień, malował głównie po to, by zdobyć pieniądze na dom. Mało było obrazów, które mógł zrobić tylko dla siebie, a nawet i te były skażone myślą, by je sprzedać. Ostatnie płótna są już bardzo osobiste. Warsztat staje się w nich narzędziem wydobytym poza naturę. Andrzej uważa, że tworzymy bezwarunkowo – choćby po to, „aby uzewnętrznić pokłady własnych emocji”.

– Jeśli tworzymy z myślą o kimkolwiek innym, uprawiamy rzemiosło – ocenia jasno i z rozmysłem.

Oni Andrzej Olczyk
olej na płótnie, 72x58cm

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Z dziennika (6)


Wyraz twarzy Jonasza zawsze pozostawał ten sam: ściśnięte wargi, lekko wygięte brwi i źrenice, w których niemal od razu byłem w stanie rozpoznać znajomy rodzaj melancholii. Nie potrafię jednak tego człowieka odmalować. Spotkałem go niedawno w Charleville przy starym protestanckim kościółku, w którym teraz znajduje się biblioteka.

- Przechodziłeś kiedyś tędy o ósmej rano? - pytał - Spójrz, proszę: za kościołem jest cmentarz, obecnie przypomina trawnik. Płyty nagrobne oparte o mur dookoła kiedyś leżały na ziemi. Przeniesiono je tam, by łatwiej przycinać trawę.

Mimo że mieszkam tu od pół roku, znałem już tę historię: kościół znajdował się dokładnie w połowie drogi, między szkołą żeńską a męską. Zanim rozpoczynały się pierwsze zajęcia, wczesnym rankiem na cmentarzu spotykały się młode pary. Widzę je dzięki sile pamięci: stoją pod murem przy płytach nagrobnych, zamknięte w swoich ramionach niczym ofiary pierwszych namiętności czekające na rozstrzelanie. Ćwiczą pierwsze pocałunki, rozkładają w czasie pierwsze doświadczenia czułości i dotyku.

- Czasem czuję się jak satelita oczekująca na jakikolwiek sygnał - głos Jonasza zmienił barwę na ciemną - Zamknąłem się. Cerowałem pancerz tak solidnie, że boję się... nie wyczuję emocji, na które czekałem życie.

Niedaleko głównej ulicy wynajmował mieszkanie, które jeszcze kilka miesięcy temu przerośnięte było od ciszy i jakiegoś zapachu utraconych miłości - zapewne właścicielki przeciągającej przez łóżko tuzin kochanków, szukającej w każdym z nich miejsca dla siebie. Któryś miał przynieść ukojenie i spokojny byt, jednak domki z kart stawiane z dziecięcą niezręcznością rozsypywały się niemal od dotknięcia.

A co z jego dotknięciami? Pancerz wrastał w kręgosłup, sztywniały palce, Jonasz zaś doświadczał czegoś niewyraźnie i wielopłaszczyznowo. Przez wiecznie zapętlający się sznur, stracił zbyt wiele prologów, głównych wątków. Liczył na ciągi dalsze i bliższe, rozumiejąc zarazem, że oprócz silnych emocji nie może ofiarować nic więcej.

Nie potrafię tego człowieka odmalować. Przeciwny biegun przyciąga nas do siebie i poniekąd scala. W tej wyimaginowanej przyszłości każdy mimo to dryfuje osobno, z inną paletą pragnień. Wierzymy, że wytrwamy w tym, co nas określa, choć pod skórą czujemy już powolną mutację każdej wartości. Ja przeciwko Jonaszowi. Ja dla Jonasza.

środa, 8 sierpnia 2012

Z dziennika (5)


Lubię moment, gdy samolot wzbija się ponad wędrujące chmury. Wtedy ukazuje się przestrzeń, w której jestem nieskrępowany i wolny. Pozostawione na dole przywary i ułomności nie docierają tak wysoko. Tu odpoczywam, moje myśli są czyste, bez brudu na rękach i stopach.

Ostatnio zauważam, że ludzie nie dowierzają, gdy mówi się im: u mnie jest dobrze. Niektórzy patrzą uważniej, jakby oczekiwali, że za moment usłyszą coś, co stanie się sygnałem nadchodzących narzekań i wydobędzie na powierzchnię piętno: żal i agresję, spowodowane najmniejszymi niepowodzeniami. Najłatwiej jest wyrazić smutek - trudniej nauczyć się mówić o radości i najprostszych dobrych gestach. 

Im dalej sięgam wzrokiem, błękit staje się łagodniejszy i delikatniejszy. Wciąż pozostaje ten sam, choć bliżej skrzydeł samolotu - wydaje się ciemniejszy, zmieszany z szarością. Spotkanie z Karolem było krótkie, ale intensywne. Spędziliśmy pięć godzin w restauracji, rozmawiając o sztuce, muzyce i literaturze. Ludzie spoglądali na nas jak na szaleńców, gdy czytaliśmy na głos fragmenty książek i wierszy. Późnym wieczorem zabraliśmy się do pracy - ja rysowałem, Karol pisał wiersz do powstającego rysunku.

"Jak byłem chłopcem, miałem siedem czy osiem lat, zapytałem filozofa autentycznego: jak ja mam tu rękę lewą, tu rękę prawą, to między nimi jest przestrzeń? Tak - patrzy na mnie - no jest. A co się z tą przestrzenią dzieje, jak ja biorę ręce za siebie? - O szczeniaku, to Ty chyba filozofem będziesz" - z głośników laptopa dobiegał głos Zbigniewa Makowskiego, polskiego surrealisty i fragmenty audycji radiowej Dwójki - "Każde wielkie dzieło sztuki jest zwycięstwem nad słabościami i wątpliwościami. Jak ktoś nie ma wątpliwości to nie jest artystą, tylko psychopatą".

O trzeciej nad ranem, gdy stawiałem ostatnie kreski, Karol kończył. 

Milczenie o potędze fali na wodzie
Il Gesu - Karol Samsel

Krzysztofowi –
w odpowiedzi

wieczna miłości, jak mogłaś? dla ciebie
zarżnęliśmy matkę twardym ząbkiem
książeczki do nabożeństwa. i nie dość
jeszcze łez ni swaru?

a stało się więcej:
przygotowani do święta wiosny
zabiliśmy pierwszych kapłanów
lata (dziś jeszcze pamiętam
promień, który piął się po
pączkującym i owrzodzonym).

niewiele później upadł kalendarz:
tę niedzielę zawinęliśmy w mięso
fortepianu i nazwaliśmy płaczem
nad ręką dvořáka.

(głowy, z których wykluwa się śnieg,
nie są głowami przyjaciół. głowy,
z których wykluwa się wstążka,
nie są głowami wrogów).


Za oknem chmury zastygły w mleczny kożuch porzucony na linii horyzontu. Dostałem od Karola Dzienniki 1931-1934 Anaïs Nin. Nie sposób się od nich oderwać. Już pierwsze strony okazały się doskonałe:

"Niektórzy nigdy nie dochodzą do stanu świadomości. Przypominają ludzi, którzy w śniegu zasypiają na zawsze. Ale mnie to nie grozi, gdyż mój dom, mój ogród, moje piękne życie nie wprawia mnie w stan letargu. Zdaję sobie sprawę, że tkwię w pięknym więzieniu, z którego mogę się wyrwać tylko poprzez pisanie. A więc książkę o D.H. Lawrensie napisałam z wdzięczności, gdyż to on mnie obudził".

Od niedawna mam poczucie, że obudziłem się z długiego snu, że przestałem spoglądać na życie przez szybę.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Z dziennika (4)

Po północy w Wilnie jest bardzo gorąco. Na lotnisku, które przypomina przedwojenne rosyjskie dworce, nie ma zbyt wielu podróżnych. Ciszę przerywa szum odrzutowców, litewskie frazy, euforia pasażerów wylewających się z samolotu. Po zameldowaniu kilka godzin odpoczynku. Z uchylonego okna dobiega stukot plastikowych kółeczek walizek przejeżdżających po kostce brukowej. W ich rytmie zasypiam.

Z Ryszardem Soroko, 28.11.2008
Na Wileńszczyźnie wspominam ś. p. Ryszarda Soroko. Był moim przyjacielem. Łączył w sobie wiele sylwetek: starosty, organizatora festiwalu muzyki kresowej w Mrągowie, bezinteresownego animatora kultury. Nasze spotkanie było dziełem przypadku – pracowałem jako kelner w ośrodku rządowym. Tamtego dnia stałem za barem, obsługując bankiet dla polityków Warmii i Mazur. Późnym wieczorem drinka zamówił starszy, siwy mężczyzna. Do tej pory trudno mi przywołać wszystkie jego cechy: śmiałe poczucie humoru, życzliwość, elokwencję. To wszystko zamknięte w przeraźliwie smutnych oczach, których koloru już nie pamiętam. Narzekał na sztuczność eventów takich jak ten, pytał, co robię w życiu, mówił o sobie. Powiedziałem mu o swoich fascynacjach sztuką.

Nasz dialog stał się początkiem przyjaźni. Ryszard postanowił zakupić ode mnie obraz. Pamiętam jak dzisiaj: pytałem go, czy zna ludzi mogących mi polecić podręczniki do sztuki, z których mógłbym nabyć podstaw rysunku. Jak tylko otrzymał obraz, zaprezentował go Piotrowi Dondajewskiemu, prezesowi ZPAP w Olsztynie. On stwierdził krótko: „coś w tym chłopaku jest, trzeba mu pomóc”. Niedługo później nabierałem już pierwszego szlifu w Policealnym Studium Plastycznym Rzemiosł Artystycznych w Rzepczynie, do którego skierowali mnie Dondajewski i Soroko.

Skończyłem szkołę wyłącznie dzięki tym, którzy we mnie wierzyli. A było ich niewielu. Moim podziękowaniem miała stać się wystawa powstającej w tym czasie grupy Artpub. W listopadzie 2008 roku w olsztyńskiej galerii ZPAP zorganizowałem wernisaż. Podczas spotkania zabrał głos Ryszard. Mówił z niemałym wzruszeniem o dostrzeganym przez siebie rozwoju, o różnicy między mną z tego czasu a „zahukanym chłopcem” sprzed czterech lat. Nie tylko z tego powodu wernisaż okazał się wyjątkowy – była to jedyna wystawa, w której uczestniczyli moi rodzice.
Pożegnanie 2009

Ryszard odszedł pół roku później. Na miesiąc przed śmiercią zadzwonił do mnie, gdy postęp choroby był znaczący. Miałem wrażenie, że już mnie nie słuchał. Ton jego głosu stał się wyciszony, a wręcz ledwie słyszalny. Dopiero potem zrozumiałem, że było to pożegnanie. O śmierci Ryszarda pierwsza poinformowała mnie mama. Informację podało Radio Olsztyn. Później otrzymałem list od Piotra Dondajewskiego o wstępnej dacie pogrzebu – 30 maja 2009 roku, około południa, cmentarz w Mrągowie. Ceremonię poprowadził duchowny akademicki, muzykolog z UKSW, który - po zakończonym obrzędzie – zbliżył się do mnie i podziękował za obecność: „Dziękuję, że przyjechałeś. To było dla niego ważne”.

Po powrocie nie mogłem poradzić sobie z pustką i nieobecnością. Dlatego narysowałem Pożegnanie – może tak usiłowałem ukryć ból po utracie. Ilekroć oglądam ten rysunek-kamuflaż, przywołuję wspomnienia o Ryszardzie – osobie wyjątkowej, która pomogła mi odnaleźć własną drogę.

Nazajutrz opuszczamy Wilno, stukot plastikowych kółeczek i niewielki hotelik naprzeciw terminala. Ruszamy w kierunku Gołdapi, mijamy barwne miejscowości, których nazwy kończą się na „-iszki”, „-iki”. George podąży szlakiem pejzaży swojego dzieciństwa. Mnie czeka spotkanie z Karolem Samselem i kilkudniowe „twórcze wariacje”.