środa, 8 sierpnia 2012

Z dziennika (5)


Lubię moment, gdy samolot wzbija się ponad wędrujące chmury. Wtedy ukazuje się przestrzeń, w której jestem nieskrępowany i wolny. Pozostawione na dole przywary i ułomności nie docierają tak wysoko. Tu odpoczywam, moje myśli są czyste, bez brudu na rękach i stopach.

Ostatnio zauważam, że ludzie nie dowierzają, gdy mówi się im: u mnie jest dobrze. Niektórzy patrzą uważniej, jakby oczekiwali, że za moment usłyszą coś, co stanie się sygnałem nadchodzących narzekań i wydobędzie na powierzchnię piętno: żal i agresję, spowodowane najmniejszymi niepowodzeniami. Najłatwiej jest wyrazić smutek - trudniej nauczyć się mówić o radości i najprostszych dobrych gestach. 

Im dalej sięgam wzrokiem, błękit staje się łagodniejszy i delikatniejszy. Wciąż pozostaje ten sam, choć bliżej skrzydeł samolotu - wydaje się ciemniejszy, zmieszany z szarością. Spotkanie z Karolem było krótkie, ale intensywne. Spędziliśmy pięć godzin w restauracji, rozmawiając o sztuce, muzyce i literaturze. Ludzie spoglądali na nas jak na szaleńców, gdy czytaliśmy na głos fragmenty książek i wierszy. Późnym wieczorem zabraliśmy się do pracy - ja rysowałem, Karol pisał wiersz do powstającego rysunku.

"Jak byłem chłopcem, miałem siedem czy osiem lat, zapytałem filozofa autentycznego: jak ja mam tu rękę lewą, tu rękę prawą, to między nimi jest przestrzeń? Tak - patrzy na mnie - no jest. A co się z tą przestrzenią dzieje, jak ja biorę ręce za siebie? - O szczeniaku, to Ty chyba filozofem będziesz" - z głośników laptopa dobiegał głos Zbigniewa Makowskiego, polskiego surrealisty i fragmenty audycji radiowej Dwójki - "Każde wielkie dzieło sztuki jest zwycięstwem nad słabościami i wątpliwościami. Jak ktoś nie ma wątpliwości to nie jest artystą, tylko psychopatą".

O trzeciej nad ranem, gdy stawiałem ostatnie kreski, Karol kończył. 

Milczenie o potędze fali na wodzie
Il Gesu - Karol Samsel

Krzysztofowi –
w odpowiedzi

wieczna miłości, jak mogłaś? dla ciebie
zarżnęliśmy matkę twardym ząbkiem
książeczki do nabożeństwa. i nie dość
jeszcze łez ni swaru?

a stało się więcej:
przygotowani do święta wiosny
zabiliśmy pierwszych kapłanów
lata (dziś jeszcze pamiętam
promień, który piął się po
pączkującym i owrzodzonym).

niewiele później upadł kalendarz:
tę niedzielę zawinęliśmy w mięso
fortepianu i nazwaliśmy płaczem
nad ręką dvořáka.

(głowy, z których wykluwa się śnieg,
nie są głowami przyjaciół. głowy,
z których wykluwa się wstążka,
nie są głowami wrogów).


Za oknem chmury zastygły w mleczny kożuch porzucony na linii horyzontu. Dostałem od Karola Dzienniki 1931-1934 Anaïs Nin. Nie sposób się od nich oderwać. Już pierwsze strony okazały się doskonałe:

"Niektórzy nigdy nie dochodzą do stanu świadomości. Przypominają ludzi, którzy w śniegu zasypiają na zawsze. Ale mnie to nie grozi, gdyż mój dom, mój ogród, moje piękne życie nie wprawia mnie w stan letargu. Zdaję sobie sprawę, że tkwię w pięknym więzieniu, z którego mogę się wyrwać tylko poprzez pisanie. A więc książkę o D.H. Lawrensie napisałam z wdzięczności, gdyż to on mnie obudził".

Od niedawna mam poczucie, że obudziłem się z długiego snu, że przestałem spoglądać na życie przez szybę.

6 komentarzy:

  1. Mam pytanie do Karola: jak to jest pisać wiersz do powstającego na Twoich oczach rysunku? Czy wiedziałeś o czym będzie ta praca?

    OdpowiedzUsuń
  2. To bardzo trudne, Piotrze. Przekonałem się, że mamy różne tempa pracy, bardzo. Oczywiście, zaczęliśmy w tym samym momencie i w tym samym skończyliśmy. Nie wiedziałem o rysunku nic ponad to, co widziałem/zobaczyłem. Starałem się równolegle odpowiadać na kreskę Krzysztofa. Dlatego ta dedykacja - "w odpowiedzi", to sformułowanie najbardziej obrazuje mój wysiłek. Raz po raz zatrzymywaliśmy się, a ja pokazywałem Krzyśkowi zręby tekstu, jeszcze ze sobą niespojone, oddzielne obrazy. Spójki pojawiły się dopiero na końcu. On wypełniał tło, a ja szukałem sposobu połączenia. No i ciągle zaglądałem mu przez ramię, i mówiłem: "nie ma mnie, nie ma, jestem niewidzialny, nie przejmuj się mną" :). Reagowałem na każdą kreskę i szukałem sposobu przekładu. Za każdym razem na nowo. On był pierwszy, nadawał rytm poszukiwaniom, ja szedłem za nim.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale to przede wszystkim wspaniała, twórcza, partnerska praca. Szczyt. Do tej pory żyję tamtym doświadczeniem, wracam do niego myślami. Chcemy to powtarzać, w różnych miejscach, z różnymi audycjami w tle. Teraz z głośników Makowski, fenomenalny polski surrealista, może następnym razem Karpowicz? Robimy sobie przerwę w tworzeniu i słuchamy 10 minut. Następnie wracamy do siebie :).

    OdpowiedzUsuń
  4. Pozwoliliśmy sobie na całkowitą improwizację. Gdy zasiadaliśmy nie mieliśmy koncepcji. Pozwoliliśmy by idea zrodziła się spontanicznie :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. tak sobie śledzę Wasze poczynania i aż serce się raduje jak pięknie malują się słowa obrazem pisane i obrazy słowem rysowane...gratuluję z całego serducha :)

    OdpowiedzUsuń