poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Z dziennika (6)


Wyraz twarzy Jonasza zawsze pozostawał ten sam: ściśnięte wargi, lekko wygięte brwi i źrenice, w których niemal od razu byłem w stanie rozpoznać znajomy rodzaj melancholii. Nie potrafię jednak tego człowieka odmalować. Spotkałem go niedawno w Charleville przy starym protestanckim kościółku, w którym teraz znajduje się biblioteka.

- Przechodziłeś kiedyś tędy o ósmej rano? - pytał - Spójrz, proszę: za kościołem jest cmentarz, obecnie przypomina trawnik. Płyty nagrobne oparte o mur dookoła kiedyś leżały na ziemi. Przeniesiono je tam, by łatwiej przycinać trawę.

Mimo że mieszkam tu od pół roku, znałem już tę historię: kościół znajdował się dokładnie w połowie drogi, między szkołą żeńską a męską. Zanim rozpoczynały się pierwsze zajęcia, wczesnym rankiem na cmentarzu spotykały się młode pary. Widzę je dzięki sile pamięci: stoją pod murem przy płytach nagrobnych, zamknięte w swoich ramionach niczym ofiary pierwszych namiętności czekające na rozstrzelanie. Ćwiczą pierwsze pocałunki, rozkładają w czasie pierwsze doświadczenia czułości i dotyku.

- Czasem czuję się jak satelita oczekująca na jakikolwiek sygnał - głos Jonasza zmienił barwę na ciemną - Zamknąłem się. Cerowałem pancerz tak solidnie, że boję się... nie wyczuję emocji, na które czekałem życie.

Niedaleko głównej ulicy wynajmował mieszkanie, które jeszcze kilka miesięcy temu przerośnięte było od ciszy i jakiegoś zapachu utraconych miłości - zapewne właścicielki przeciągającej przez łóżko tuzin kochanków, szukającej w każdym z nich miejsca dla siebie. Któryś miał przynieść ukojenie i spokojny byt, jednak domki z kart stawiane z dziecięcą niezręcznością rozsypywały się niemal od dotknięcia.

A co z jego dotknięciami? Pancerz wrastał w kręgosłup, sztywniały palce, Jonasz zaś doświadczał czegoś niewyraźnie i wielopłaszczyznowo. Przez wiecznie zapętlający się sznur, stracił zbyt wiele prologów, głównych wątków. Liczył na ciągi dalsze i bliższe, rozumiejąc zarazem, że oprócz silnych emocji nie może ofiarować nic więcej.

Nie potrafię tego człowieka odmalować. Przeciwny biegun przyciąga nas do siebie i poniekąd scala. W tej wyimaginowanej przyszłości każdy mimo to dryfuje osobno, z inną paletą pragnień. Wierzymy, że wytrwamy w tym, co nas określa, choć pod skórą czujemy już powolną mutację każdej wartości. Ja przeciwko Jonaszowi. Ja dla Jonasza.

2 komentarze:

  1. ten drugi, nieodparte skojarzenie z autoportretem innego... Mariusza Rosiaka. w jednym wcieleniu dwie osobowości, jeśli toczą dialog na papierze zawsze coś ciekawego się bezustannie rodzi, obrazy stanów i uniesień, charakter widoczny w mimice, barwy nawet szare w różnym świetle oddają całe bogactwo barw, jak czytelnik bezwiednie udaje się w drogę to jest to sukces pióra, tego pierwszego, czy drugiego- nieważne.

    OdpowiedzUsuń