środa, 19 września 2012

Z dziennika: 18 września

Osiemnasty

1

Rok temu o tej samej porze siedziałem znudzony w pracy, pełen niepokoju, jakim zawsze naznacza mnie dzień urodzin, bez planów na wieczór i na przyszłość. Żyłem w skorupie stworzonej dla własnych potrzeb, choć czasem z niej się wymykałem, spotykałem się z ludźmi, piłem, a następnie wracałem do swojego małego pokoju na Ursusie. W wolnych chwilach między zbyt absorbującą pracą a prozą życia codziennego tworzyłem rysunki. Niedawno Andrzej Olczyk wspominał: „pamiętasz, jak opowiadałeś mi, że gdy siedziałeś w pracy i nikt nie patrzył, wyciągałeś blok z szuflady i rysowałeś – to jesteś cały Ty”. Tak, Andrzeju. Pamiętam także to, jak gwałtownie przerywałem rysowanie, gdy nagle do sklepu wszedł klient i wspominam napięcie, z jakim szybko wracałem do zaczętego dzieła.

Dziś jestem w innym miejscu na kuli ziemskiej, posługuję się innym językiem, mam inne plany i marzenia. Pomiędzy mną dzisiejszym a tym sprzed roku popękał grunt i wypiętrzono przepaść. Jestem silniejszy, świadomy i pełen wiary w obraną drogę, choć poznałem także pełniejszy smak absurdów nieporozumień, zazdrości, a nawet zawiści. Wspólnie z Karolem Samselem wydaliśmy zbiór AltissimumAbiectum – tom bolesny, wielopłaszczyznowy i niejednoznaczny, który kosztował nas pięć miesięcy intensywnej pracy. Od dziecka marzyłem o własnej książce. Tom wypełnił tę potrzebę: zakończył pracę trzech ostatnich lat i zamknął między kartami niedomkniętą dotychczas historię. Pod płaszczem mojej biografii Samsel wprowadził wiele nowych przestrzeni, których odkrywanie okazało się najbardziej fascynujące.

„Kreskowa technika Schodowskiego sprawia, że twarze na jego portretach wyglądają jakby były pozbawione skóry, składały się jedynie z mięśni i nerwów. W ten sposób zostaje pominięta zewnętrzność i, niczym na planszach anatomicznych dla studentów medycyny, dochodzi do przedstawienia wnętrza. Ale to wnętrze dalekie jest od realistycznej konwencji rysunku medycznego. Schodowski nie komentuje bowiem fizyczności, skupia się na doznaniu psychicznym. Postaci z jego obrazów aż nazbyt jednoznacznie wyrażają rezygnację, depresję, alienację. Są nie tyle uwolnione od rzeczywistości, ile z niej wyrugowane. Kto tego dokonał? Dlaczego? Ile jest w tym osobistego doświadczenia artysty, a ile subiektywnej, wrażliwej obserwacji otaczającego go świata, koncentracji na tym, co przez większość społeczeństwa odrzucone?" 

/Dwugłos jednobrzmiący, Tadeusz Olszewski/

Doczekaliśmy się recenzji jednego z moich pierwszych autorytetów, Tadeusza Olszewskiego. Poznałem go w 2004 roku w Mikołajkach, gdy zaczynałem pisać. On jednym ruchem przekreślił wszystko i powiedział, bym skupił się na sztukach plastycznych. Był mistrzem surowym i wymagającym, mimo to podał pomocną dłoń: – „chcesz? – mówił – to najpierw poczytaj trochę dobrej literatury”. Tą drogą trafiły w moje ręce powieści Irvinga, Kawafisa i wielu innych. Jednakże najcenniejsza okazała się Jesień z Audenem – zbiór, który otrzymałem od Tadeusza w prezencie. On kształtował moją literacką wrażliwość i doprowadził do stanu, w którym wreszcie odkryłem w sobie katastrofizm Jesieni. Gdy w 2009 roku Tadeusz zaprezentował Tropiki smutku, byłem poruszony i szczęśliwy, że mogłem w tym wydarzeniu uczestniczyć. Zaprojektowałem nawet okładkę, ale Tadeusz ją odrzucił – była zbyt depresyjna.
W lipcu postanowiłem odwiedzić go z Karolem w mieszkaniu. Znałem to miejsce doskonale. W 2006 na krótko, gdy stawiałem pierwsze kroki w stolicy, znalazłem w nim schronienie. Nigdy nie zapomnę półmroku i unoszącego się w powietrzu zapachu biblioteczki wypełnionej po brzegi, a także okrągłego stolika - świadka postawionego przy oknie.
To niemal nieopisane. Mam wrażenie, jakby koło się zatoczyło. Po wielu latach sam podejmuję „próbę dziennika” i uwrażliwiam się na słowo. Co tydzień puka listonosz z kolejnymi paczkami książek w języku polskim.

„Trzecie podejście do twórczości poety milknącego wykonałem za sprawą niezwykłego zbioru tekstów i obrazów, jakim bez wątpienia jest AltissimumAbiectum (2012) Karola Samsela (wiersze) i Krzysztofa Schodowskiego (ilustracje). Zbiór jest czystą emanacją tego, co w literaturoznawstwie zwykło się określać słowem ekfraza, a historia narodzin tej książki mogłaby posłużyć za temat osobnego szkicu. Od razu też pojawiają się pytania: co tutaj jest dopełnieniem czego?, jak teksty z tej książki mogłyby istnieć (i czy w ogóle mogłyby istnieć) bez swoich źródeł odnajdywanych w grafikach Schodowskiego?, w jakim stopniu ekfraza może być także opowieścią o tym, co w poecie świadomie ukryte, co trwa wyłącznie w jego pogłębiającym się milczeniu? A pytam o to nie bez powodu. Teraz już wiem, że Karol Samsel jest nie tylko osobą bardzo zapracowaną, ale także kimś, kto zdecydowanie chroni swoją prywatność przed wszelką nadmiarowością konsumpcji i spotkań towarzyskich, przed jałowym blichtrem świata literackich celebrytów, ale mówi także o sobie: <<pracuję w samotni i cenię każdy głos zwrócony w moim kierunku, odczuwam go podwójnie, potrójnie, mnożę przez siebie>>”.

/Światy równoległe, Krzysztof Szymoniak/

Słowa Tadeusza podkreśliły plastyczną dominantę książki. Na początku września trafiło jednak do nas studium Krzysztofa Szymoniaka oscylujące wokół poetyki zbioru. Po jego lekturze pod wpływem impulsu niezrozumiałego nawet dla mnie napisałem do autora recenzji długą wiadomość. Nigdy nie zdarzyło mi się stworzyć listu w podobnym – tak intymnym tonie. Stał się on mimo to preludium do wymiany myśli i okazją do otwarcia twórczością Szymoniaka nowych horyzontów. Stworzyłem infrazę, a według niego stało się to „czystym, żywym dowodem na to, że uprawianie literatury (a sztuki w ogóle) ma sens, gdyż nasze wytwory prędzej czy później trafiają na właściwy grunt. Jak ziarno rzucone w żyzną glebę, które obumiera, aby wydać plon”. Arystoteles mówił, że „prawo jest czystym, wyzbytym żądzy rozumem”, ale ja zmienię kontekst tej frazy – sztuka tworzenia jest bowiem czystym, wyzbytym żądzy impulsem.

artpubliteratura.blogspot.com
2

Na skutek podobnych impulsów powstała Artpub Literatura. Zaczęło się od poezji zmarłego 6 sierpnia 2010 roku Andrzeja Jopowicza, autora tomiku wierszy Czerwona winnica. Dwa miesiące temu w Buskim Samorządowym Centrum Kultury Karol poprowadził spotkanie poświęcone nieżyjącemu. Po tym wydarzeniu wiele dyskutowaliśmy o ocalaniu spuścizny zmarłych. Postanowiliśmy – stworzymy stronę o zapomnianych kaskaderach literatury. Ja zaproponowałem, że zaproszę plastyków do tworzenia portretów wrażeniowych. W tym samym czasie rozmawiałem z Dominiką, że chciałbym obecności Karola w inicjatywach Artpubu. Tak powstała nowa idea, którą jeszcze tego samego dnia opisałem Jackowi Witczyńskiemu. 

Nie spodziewałem się, że praca nad portretami wrażeniowymi stanie się tak nieporównywalnym doświadczeniem. Dla mnie okazała się drogą ku odkrywaniu wysp literatury. To mój własny sposób, środek, narzędzie i źródło siły – aby nadrobić zaległości w czytaniu przeniesione w dorosłe życie z domu rodzinnego. Gdy zapraszam zaprzyjaźnionych artystów do wykonania portretu lub infrazy, wcześniej przeglądam zdjęcia poetów zachowane dla potomności i kierowany intuicją wysyłam plastykom propozycje, w których – jak uważam – odnaleźliby się stylistycznie.

Drogi redaktorze /infraza/
Wu
Na początku września napisałem do Wu z prośbą o wykonanie infrazy do tekstu Drogi redaktorze Andrzeja Babińskiego: „Coś czuję, że byłby to Twój klimat” – dodałem, aby po ludzku zachęcić. Wu nie znał tej dykcji, ale uwiodły go podrzucone mu fragmenty. Szybko zabrał się do pracy, w międzyczasie korespondując ze mną intensywnie. Pewnego dnia otrzymałem wiadomość: „W domu, gdzie mieszkam, jest taki zwyczaj, że ludzie wykładają zbędne im książki na małym stoliku na parterze i kto chce, zabiera sobie, co mu się spodoba. Ostatnio Nitka zgarnęła stamtąd przed wyjazdem na Mazury parę książek, wśród których znalazły się wspomnienia Zofii Kucówny. Na stronie 11. autorka opisuje, jak to czytała wiersze na wieczorze autorskim Andrzeja Babińskiego w warszawskim <<Remoncie>> i rozmawiała z autorem sprawiającym wrażenie kosmity. Ja nigdy wcześniej o człowieku nie słyszałem, a tu masz”. Gorąco dziękował za odkrycie Babińskiego, tłumacząc, że zawsze miał słabość do outsiderów w rodzaju Fernardo Oreste Nannettiego, Judith Scott czy Edmunda Monsiela. Kochał w nich autentyczność – ten stan absolutnego uniewinnienia, który czynił z nich „komunikatory nadświadomości”. Dla niego tylko oni byli godni miana prawdziwych artystów, do tego stopnia zatopionych we własnym wnętrzu, że aż (paradoksalnie) pozbawionych siebie.

Gdy Wu skończył, oświadczył w liście kolejnym: „To jest Babiński w moich oczach... a może raczej rodzaj hybrydy po części będącej nim, a po części mną. Bo czytając kilka jego wierszy... poczułem wibrację wzbudzoną rezonansem pokrewnych częstotliwości. Taka metaAkustyka, którą można by rozpatrywać jako szczególny dział metaFizyki. Tak czy inaczej jestem Wam wdzięczny za to doświadczenie”. Jeszcze raz potwierdziły się moje głębokie przeczucia – praca nad portretami wrażeniowymi czy infrazą zawsze będzie filtrowana przez wrażliwość plastyka. Nie realizm przecież kieruje umysłem portrecisty albo infrastyka, ale silne wrażenie lektury, niemal zmysłowe doznanie dorobku pisarskiego.

3

Rok temu o tej samej porze siedziałem znudzony w pracy, pełen niepokoju, jakim zawsze naznacza mnie dzień urodzin, bez planów na wieczór i na przyszłość. Dziś jestem spokojny. Dwanaście ostatnich miesięcy to nie tylko intensywna praca, lecz także przepalający, niszczący i przebudowujący, wewnętrzny rozwój. Spotkania z niebanalnymi ludźmi i iskrzenie się dialogów. Zawsze musi stać się coś, by mogło stać się coś innego. Nic się nie dzieje bez przyczyny. Wszystko odkłada się na ziemi nieoczekiwanych, splatających się ze sobą w dziwnej konstelacji skutków i stanów rzeczy


środa, 5 września 2012

Z dziennika (8)

Roz-ż-ebranie 2012
Stworzyłem dziś rysunek, o którym nie wiem, co myśleć, nie potrafię także o nim niczego powiedzieć. Podobna sytuacja zdarzyła mi się tylko raz, gdy powstawało Roz-ż-ebranie. Wybór wtedy wydawał się prosty – nie mogłem wybrnąć z narzuconej przez siebie kompozycji, co więcej pierwszy raz wykorzystywałem motyw biblijny, aby opowiedzieć o własnych emocjach – dlatego na kilka tygodni odłożyłem rysunek. Wróciłem do niego po czasie, skończyłem pracę późną nocą i położyłem się. Śniłem sny dziwne, w których jakaś siła próbowała mnie przestrzec: przekroczyłeś granicę – mówiła, a ja czułem dłoń zaciskającą się na karku. Nad ranem obudziłem się zlany potem, niepewnie spoglądając na dzieło:
„Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą. 
Co tutaj opowiadam, poezją, zgoła, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument”.
/Ars poetica? Czesław Miłosz/

Dziś wieczorem zasiadłem do rysowania. Przypominały mi się słowa Rembrandta uspokajającego swoich uczniów zaniepokojonych tym, jak malować: „Zacznij! Dalej już samo pójdzie. Zacznij”. Miałem przed sobą białą kartkę. W takich chwilach nigdy nie wiedziałem, dokąd zaprowadzi mnie myśl. 

- Wczoraj w Charleville został zastrzelony ośmioletni chłopiec. Rodzina zadzwoniła do kwiaciarni, nie życzy sobie żadnych kwiatów - z oddali słyszałem głos George’a. Tu rzeczywiście jest taki zwyczaj: jeśli rodzice zadzwonią dzień wcześniej, na pogrzebie nie może być ani jednej wiązanki.

Od kilku dni żyłem w niepokoju. Czułem, że nadchodzi przesilenie i muszę pozwolić sobie na wypoczynek. Myślałem o mamie piszącej długi list o swoim życiu – list, który niebawem miał do mnie trafić, o nieporozumieniach, które doprowadzają do ran i okresów milczenia. Otaczałem się książkami, zastanawiałem się nad poezją Krzysztofa Szymoniaka, którą niedawno wydobyłem z sieci. Wczoraj przeczytałem poemat „Nasza mała metafizyka”. Wywarł na mnie potężne wrażenie, wracałem do niego kilka razy. Najprawdopodobniej to spowodowało, że podświadomie wyrysowałem zapamiętany nastrój. Oddałem się zupełnej improwizacji, igrałem formą, nie myśląc o finale. Ku mojemu zdziwieniu przedstawiłem popiersie przypominające maszynę z poematu. Być może jestem wyłącznie narzędziem, przez które przepływa idea i jedyne, co pozostaje, to schwycić ją i uwiecznić.
"Niedawno spotkałam niesamowitą amerykańską poetkę Ruth Stone. Powiedziała mi, że kiedy dorastała na wsi w Virginii, czasem podczas pracy na polu czuła i słyszała wiersze, które przychodziły do niej znad krajobrazów jak grzmiący słup powietrza. I czuła jak się zbliża, ponieważ ziemia trzęsła się pod jej nogami. Wiedziała, że w takim momencie może zrobić tylko jedną rzecz, czyli biec najszybciej jak się da. Biegła do domu i szukała papieru a wiersz przepływał przez nią. Łapała go za ogon i wciągała z powrotem do siebie w trakcie zapisywania na papier. I w tych przypadkach, wiersz wychodził na papierze doskonały i w całości lecz odwrotnie, od ostatniego słowa do pierwszego”.
/O wspomaganiu kreatywności Elisabeth Gilbert/

NAUMANN IDEAL 2012
"Tak. Dlatego dzisiaj, po siedemdziesięciu dziewięciu (może po stu siedemdziesięciu dziewięciu, co to w końcu za różnica?) nieudanych próbach skutecznego zerżnięcia
koleżanki Muzy, mogę bez ceregieli, czyli większych tzw. emocji, napisać:
że krzesło na którym siedzę jest brązowe
że maszyna na której teraz piszę jest czarna
zabytkowa i nazywa się NAUMANN IDEAL
że na zielonej podłodze mojego poddasza wala się
ładny szmat rozpierdolonego życia
że resztka miłości leży jak pies z nosem przy
moim bucie i czeka na wieczorny spacer
że powoli rozpadam się cały jak fontanna
(to z innego poety)
że w czerwcu tego roku minie siedem lat mego
nowicjatu, po którym mogę zamieszkać niczym
Szymon Słupnik na najwyższym kominie w mieście
i odnosić w tym fachu spektakularne sukcesy
że tak naprawdę to nie mam odwagi skończyć
z tym wszystkim, np. osiedlając się
w Neapolu na via Spaventa
albo wyskakując z dziesiątego piętra
na betonowy trawnik wprost pod nogi
dojrzewających nastolatek obryzgując je
mózgiem i krwią serdeczną
aby w zamian usłyszeć bluzg rzucony w zaświaty:
„Tak kończą pojebani faceci”
że latem w ciepłe noce kładę się na dachu
patrzę w niebo liczę sztuczne satelity
i okruchy planetoid
a potem płacząc próbuję porozumieć się
na migi z Ojcem-Kosmosem
że nie przeszkadza mi zbytnio gdy sąsiad
gra na puzonie strasznie przy tym kalecząc
nuty i moje uszy bo przecież
weselni grajkowie też są potrzebni
na tym najpiękniejszych ze światów" 
/Fragment: Nasza mała metafizyka Krzysztof Szymoniak/