środa, 5 września 2012

Z dziennika (8)

Roz-ż-ebranie 2012
Stworzyłem dziś rysunek, o którym nie wiem, co myśleć, nie potrafię także o nim niczego powiedzieć. Podobna sytuacja zdarzyła mi się tylko raz, gdy powstawało Roz-ż-ebranie. Wybór wtedy wydawał się prosty – nie mogłem wybrnąć z narzuconej przez siebie kompozycji, co więcej pierwszy raz wykorzystywałem motyw biblijny, aby opowiedzieć o własnych emocjach – dlatego na kilka tygodni odłożyłem rysunek. Wróciłem do niego po czasie, skończyłem pracę późną nocą i położyłem się. Śniłem sny dziwne, w których jakaś siła próbowała mnie przestrzec: przekroczyłeś granicę – mówiła, a ja czułem dłoń zaciskającą się na karku. Nad ranem obudziłem się zlany potem, niepewnie spoglądając na dzieło:
„Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą. 
Co tutaj opowiadam, poezją, zgoła, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument”.
/Ars poetica? Czesław Miłosz/

Dziś wieczorem zasiadłem do rysowania. Przypominały mi się słowa Rembrandta uspokajającego swoich uczniów zaniepokojonych tym, jak malować: „Zacznij! Dalej już samo pójdzie. Zacznij”. Miałem przed sobą białą kartkę. W takich chwilach nigdy nie wiedziałem, dokąd zaprowadzi mnie myśl. 

- Wczoraj w Charleville został zastrzelony ośmioletni chłopiec. Rodzina zadzwoniła do kwiaciarni, nie życzy sobie żadnych kwiatów - z oddali słyszałem głos George’a. Tu rzeczywiście jest taki zwyczaj: jeśli rodzice zadzwonią dzień wcześniej, na pogrzebie nie może być ani jednej wiązanki.

Od kilku dni żyłem w niepokoju. Czułem, że nadchodzi przesilenie i muszę pozwolić sobie na wypoczynek. Myślałem o mamie piszącej długi list o swoim życiu – list, który niebawem miał do mnie trafić, o nieporozumieniach, które doprowadzają do ran i okresów milczenia. Otaczałem się książkami, zastanawiałem się nad poezją Krzysztofa Szymoniaka, którą niedawno wydobyłem z sieci. Wczoraj przeczytałem poemat „Nasza mała metafizyka”. Wywarł na mnie potężne wrażenie, wracałem do niego kilka razy. Najprawdopodobniej to spowodowało, że podświadomie wyrysowałem zapamiętany nastrój. Oddałem się zupełnej improwizacji, igrałem formą, nie myśląc o finale. Ku mojemu zdziwieniu przedstawiłem popiersie przypominające maszynę z poematu. Być może jestem wyłącznie narzędziem, przez które przepływa idea i jedyne, co pozostaje, to schwycić ją i uwiecznić.
"Niedawno spotkałam niesamowitą amerykańską poetkę Ruth Stone. Powiedziała mi, że kiedy dorastała na wsi w Virginii, czasem podczas pracy na polu czuła i słyszała wiersze, które przychodziły do niej znad krajobrazów jak grzmiący słup powietrza. I czuła jak się zbliża, ponieważ ziemia trzęsła się pod jej nogami. Wiedziała, że w takim momencie może zrobić tylko jedną rzecz, czyli biec najszybciej jak się da. Biegła do domu i szukała papieru a wiersz przepływał przez nią. Łapała go za ogon i wciągała z powrotem do siebie w trakcie zapisywania na papier. I w tych przypadkach, wiersz wychodził na papierze doskonały i w całości lecz odwrotnie, od ostatniego słowa do pierwszego”.
/O wspomaganiu kreatywności Elisabeth Gilbert/

NAUMANN IDEAL 2012
"Tak. Dlatego dzisiaj, po siedemdziesięciu dziewięciu (może po stu siedemdziesięciu dziewięciu, co to w końcu za różnica?) nieudanych próbach skutecznego zerżnięcia
koleżanki Muzy, mogę bez ceregieli, czyli większych tzw. emocji, napisać:
że krzesło na którym siedzę jest brązowe
że maszyna na której teraz piszę jest czarna
zabytkowa i nazywa się NAUMANN IDEAL
że na zielonej podłodze mojego poddasza wala się
ładny szmat rozpierdolonego życia
że resztka miłości leży jak pies z nosem przy
moim bucie i czeka na wieczorny spacer
że powoli rozpadam się cały jak fontanna
(to z innego poety)
że w czerwcu tego roku minie siedem lat mego
nowicjatu, po którym mogę zamieszkać niczym
Szymon Słupnik na najwyższym kominie w mieście
i odnosić w tym fachu spektakularne sukcesy
że tak naprawdę to nie mam odwagi skończyć
z tym wszystkim, np. osiedlając się
w Neapolu na via Spaventa
albo wyskakując z dziesiątego piętra
na betonowy trawnik wprost pod nogi
dojrzewających nastolatek obryzgując je
mózgiem i krwią serdeczną
aby w zamian usłyszeć bluzg rzucony w zaświaty:
„Tak kończą pojebani faceci”
że latem w ciepłe noce kładę się na dachu
patrzę w niebo liczę sztuczne satelity
i okruchy planetoid
a potem płacząc próbuję porozumieć się
na migi z Ojcem-Kosmosem
że nie przeszkadza mi zbytnio gdy sąsiad
gra na puzonie strasznie przy tym kalecząc
nuty i moje uszy bo przecież
weselni grajkowie też są potrzebni
na tym najpiękniejszych ze światów" 
/Fragment: Nasza mała metafizyka Krzysztof Szymoniak/

1 komentarz:

  1. Męczy mnie wirus, ale czytam Twój dziennik, coraz ciekawszy, to jest to, pozdrawiam, Jerzy

    OdpowiedzUsuń