środa, 3 października 2012

Z dziennika (9)



Do świtu zostało niewiele czasu, a my staliśmy przy barze w gryzącym papierosowym dymie, wokół pijanych czternastek w zbyt wielkich szpilkach – gotowych bardziej niż kiedykolwiek. Jonasz wśród pulsującej muzyki i kolorowych świateł czuł się świetnie. Ja odzwyczaiłem się już od nocnych wędrówek po klubach. Bardziej interesowała mnie konkluzja naszej rozmowy:

– To wymaga również jakiejś akceptacji siebie. Osoba z kompleksami, choćby okazały się głęboko ukryte, będzie ciągle spoglądać w lustro otoczenia”, będzie szukać okruchów akceptacji i je gromadzić – więcej i więcej. W coraz to nowszych okolicznościach. 

– Osoba „zajebista” – zmrużyłem jedno oko – będzie narzucać kompleks światu, szukać ciągle nowych „pacjentów” do udoskonalania. A przecież pomiędzy białym i czarnym – zacząłem tłumaczyć – jest wielka i wspaniała przestrzeń wielu odcieni szarości, w których można się samorealizować.

Opuściliśmy bar o piątej nad ranem. Jonasz uwielbiał wędrówki w pierwszych promieniach słońca, nie przeszkadzał mu chłód poranka, był jeszcze bardziej ożywiony. Wspominał nocne spacery ulicami Warszawy. Były momentami, które przerywały rutynę życia codziennego.

– To był mój sposób na bezsenne noce – wspominał – Zawsze o stałej porze, po pierwszej, drugiej lub trzeciej w nocy siedziałem z najlepszym kumplem pod Pałacem Kultury, opychaliśmy się kebabami i filozofowaliśmy. Kochaliśmy ciepłe noce i te chwile, kiedy po paru piwach zaspokajaliśmy apetyt mieszanką mięsa z kurczaka i baraniny w cienkim, przypieczonym cieście. Najedzeni patrzyliśmy sobie w oczy, pojawiał się dreszcz emocji, potem wybuchaliśmy śmiechem. 

Nad Main Street przez granatowe niebo przesypywały się pierwsze kolory świtu. Mijaliśmy szarofioletowe budynki o czarnych oknach, sprawiające wrażenie opuszczonych gniazd. Jonasz rozprawiał o samotności, palił jednego papierosa za drugim, jakby dym tytoniowy miał go ogrzać od środka. Usiedliśmy pod biblioteką na ławce i czekaliśmy. Nie wiedziałem właściwie, na co. Ulice powoli zmieniały barwy na jaśniejsze, kolory stawały się wyrazistsze. Moment przebudzenia, moment ścinania sinych od szarości traw jasnym promieniem słońca. 

– Widzisz te trawy wokół kościółka? – przerwałem ciszę –  Podobne trawy zarastały drogę w gospodarstwie mojego dziadka Zygmunta. Nie pamiętam nawet daty jego śmierci… ani nawet nie jestem pewien, czy rzeczywiście miał tak na imię. Biegnąc wgłąb wsi, mijając po prawej pastwisko pełne krów, po lewej stodołę zapełnianą z końcem lata sianem, widywałem dziadka na zielonej ławce przed domem, przy oknie do kuchni. Obserwował swoje wiejskie królestwo surowym, przymrużonym okiem i nadzorował codziennie wykonywania tych samych czynności. Z pewnością miał świadomość pełnej władzy nad każdą, podległą mu istotą. Miał czterech synów, adoptowaną córkę i żonę, która nigdy nie wypowiadała więcej niż jedno zdanie. 

Pewnej nocy zastanawiałem się nad losem swojego ojca. Czy nie dlatego zaczął pić – z nieopanowanej radości, że wyrwał się z tamtego miejsca roztaczającego drażniącą woń szaleństwa? – z rozpaczy, że w wieku dwudziestu pięciu lat stanął przed nową, niezrozumiałą rzeczywistością, która dla niego oblekła się w ciała żony i trojga dzieci, dzieci, których nie potrafił wychować? – mój głos pękł, jakby zbyt mocno naciągnięta struna pytania zerwała się i eksplodowała w jakiejś dalekiej przestrzeni. Nabrałem jednak oddechu i mówiłem nadal, jakby o ton wyżej. Świszczałem – Odrzucał indywidualizm, zabijał odwagę do własnych decyzji. A jednak ojciec malował obrazy, a może namalował tylko jeden, bo więcej nigdy nie widziałem, albo ukrywał je w piwnicy – jego własnej, niedostępnej dla nikogo przestrzeni. Zbierał i trzymał tam „swoje przedmioty”, począwszy od wiertarek, pił i innych narzędzi pracy, skończywszy na plakatach z Pamelą Anderson i na motorze – swojej krwawicy czyszczonej codziennie do momentu, w którym nie sprzedał go za grosze, by mieć na kolejną wódkę. 

Zacząłem się uspokajać. To wszystko znów odsłoniło jakiś sens, głębię wzoru. Byłem szczęśliwy i opanowany: dyszkant zmienił się w szemrzący, tenorowy szept – I gdzieś tam w jego graciarni, na rurach z gorącą i zimną wodą, stał obraz olejny – pejzaż górski na płycie pilśniowej z przewagą brązów i szarym, rozpostartym nad powierzchnią niebem. Widziałem go tylko raz, potem zaginął albo ojciec oddał go znajomym, lubił przecież rozdawać swoje pamiątki obcym. Bo ojciec dla każdego był zupełnie inny – spojrzałem na Jonasza w delikatnym półuśmiechu i wyjaśniłem – to jedna z wielu cech, które mam po nim, choć jeszcze kilka lat temu wypierałbym się tego i grał rolę mistrza w wydobywaniu jego wad, złych przyzwyczajeń, zgubnych odruchów. Zostawiłem go – czułem jeszcze silniejsze działanie alkoholu – i szukałem innych męskich autorytetów, by chociaż w najmniejszej części… zrosnąć się z innym drzewem, z inną genealogią.

Jonasz zbliżył się do mnie i wahał się, jak postąpić. Miałem pewność – mocował się z samym sobą, z własnymi żywiołami i temperamentem, chcąc dopasować się do mnie, nie zranić pochopnym krokiem, zbyt nieprzemyślanym gestem – jakby obawiając się, że osunę się, jeśli dokona niewłaściwych wyborów. Wreszcie wycofał się krokiem do tyłu, powstrzymując empatię i opóźniając wybuch uczucia. Pozwolił mi dokończyć:

– Pamiętam czarnobiałą, zakurzoną, nadniszczoną fotografię, a w niej dziadka Zygmunta, babcię i trzech chłopców ubranych w czarne marynareczki, ze świecami w ręku, jakby wszyscy szli do pierwszej komunii świętej. Wśród tych chłopców stał mój ojciec, ze zmarszczonymi brwiami, z zaciśniętymi ustami, wpatrzony w nieokreślony punkt za obiektywem. W starych albumach znalazłem jeszcze swoje zdjęcie z komunii, przyłożyłem do tamtego i choćbym wówczas chciał, nie mogłem już wyrwać tego korzenia. Byłem nim, jego skórę zdjęto i naciągnięto na moje ciało, owinięto je nią jak zasłoną mającą nie przepuścić ani fotonu światła. 

Jonasz położył delikatnie rękę na moim ramieniu.W promieniach poranka jego twarz nasycała się jakimś miękkim konturem. Poczułem, że czas wracać. 

13 komentarzy:

  1. Aż mi się w głowie zakręciło. Pięknie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne..
    Mówiłam już że Twoje słowa wibrują..?
    Coś niesamowitego..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Elu nie mówiłaś :) dziękuję i pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  3. Jestem w lustrze Twoich slow...w splatajacych sie historiach ludzkich losow...powtarzalnosc uczuc,mysli,czynow...smutna strona piekna zycia...wjp

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję Wojciechu! Pozdrawiam najserdeczniej

      Usuń
  4. Jestem w lustrze Twoich slow...w splatajacych sie historiach ludzkich losow...powtarzalnosc uczuc,mysli,czynow...smutna strona piekna zycia...wjp

    OdpowiedzUsuń
  5. tak, słowa wibrują, przemyślenia trafiające w sedno, język ciekawy, jak tak dalej pójdzie, pisanie stanie się dla Ciebie priorytetem, słowo wciąga nie mniej niż obraz, pozdrawiam.
    JBZ

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Panie Jerzy! To prawda słowo wciąga i kiedy odstawiam pisanie domaga się uwagi :) Kłaniam się najserdeczniej! :)

      Usuń
  6. Przeczytałem spokojnie i bez pośpiechu! Twoja życiowa prawda wyrażona z wielkim talentem i dojrzałością

    OdpowiedzUsuń