poniedziałek, 23 września 2013

Z dziennika (23)

Twarz, 2005
Po pierwsze lepka cisza, która skleja usta, pełna napiętych, drgających wiązań, kwitnący w gardle kwiat wchłaniający wdychane powietrze.

Po pierwsze lepka cisza, po drugie niepokój, bezbarwne, strzeliste pęcherze, wypełnione kolorowym, amarantowym gazem, wirujące wokół, aż zajmą najlepsze możliwe miejsce, przebiją powierzchnię aż do jądra. Łapczywe, nieopanowane, okrutne.

Po pierwsze lepka cisza, po drugie niepokój, po trzecie noc - kochanka, sędzia, ofiara, a w niej zryw postaci, ciała zgładzone liniami włosów, noc wypełniona zapachami mężczyzn i kobiet, dysonansami powtórzeń. Uzależniająca, narkotyczna podróż w nieskończoność dotyku, w kalejdoskop doznań, surrealistyczną, filmową sekwencję. Wszystko to, w czym się przeglądasz pełen strachu, mimo to dając się temu wciągnąć i pochłonąć. Euforia. Adrenalina rozciąga nierówności, rozsadza je i ujawnia nowy perspektywiczny rzut. Płoniesz, dając się zdławić szczątkami spalonych fundamentów. Czy – zwierzęcy, utkany wyłącznie z energii - wydasz najczystszy z możliwych dźwięków w chwili, gdy nie ma już granic, konturów ani zwartych brył?

Po pierwsze lepka cisza, po drugie niepokój, po trzecie noc bez granic. Po czwarte droga, wiejska droga wyrzeźbiona ogromem śladów. Droga najmniejszych wyzwoleń. Uwolnić się od spektaklu bezpieczeństwa i spokoju silnych ramion. Od nieuchwytności zapachu, który okazał się niezbędny do przeżycia. Od narkozy, bez której nie było ocalenia, która stała się ocalenia jedynym warunkiem. Przestać wierzyć w opium czasu i hologram ludzkiego ciała.

poniedziałek, 2 września 2013

Z dziennika (22)



Może już za późno na drogi do źródeł – ciało choć inne, tak samo przechodzi w nicość. Spójrz. Ciągle daleko od domu, a jednak wciąż do niego wracam, do zarosłych, porzuconych pokojów, w których – niezależnie od cyklów, pór, przesunięć – życie znalazło rozwiązanie, boli tak samo i tak samo się oddala. Nie wiem, za czym podążał wzrok chłopca. Co jeśli już wtedy – w tej trawiastej, pełnej powietrza tkaninie – poszukiwał ciebie? Czy mógł przypuszczać, że za dekadę wyruszy w najdłuższą wędrówkę, w wyprawę Telemacha? Tymczasem pejzaż pozostaje bardzo spokojny i zagarnia chłopca do siebie.

*
**

Usiłowałem zdjąć wszystkie porcelanowe maski i złożyć je w jednym miejscu. Rozsypywały się na szklisty pył i tworzyły cudem odratowaną mozaikę. W niej było wszystko: niekończąca się naiwność wygłodniałych ptaków, cisza uginających się wierzb, sen o potędze Odysa. Czasem stając przy tobie, czuję się jak mały chłopiec, który wyciąga ufnie rękę, by podążać twoimi śladami i w jednej chwili odzyskać to, czego nie ma w nim, a znalazło się w tobie. Osłonić prześwity. Nie wiem, czy ktoś taki jak ja – wypełniony określonymi kształtami – mógłby okazać się wsparciem. Pozostawię jednak drzwi niedomknięte, ruszę dalej. I tak właśnie kończy się świat, nie hukiem ale skomleniem.

niedziela, 28 lipca 2013

Z dziennika (21)

Trzecia piętnaście, 2009
Na jednym z portali znalazłem wypowiedź: "Najbardziej interesujący jest dla mnie człowiek, jego wewnętrzne procesy, te o których mówi i te, których nie ujawnia".  Czy zdanie to można potraktować jako twórcze motto?

Tak, i to bardzo dosłownie. Co więcej, w ciągu czterech lat, od których to motto powstało, nastąpił znaczący progres - zarówno osobisty, jak i artystyczny. Wszystko zapoczątkowała obserwacja - podczas wielogodzinnych podróży, żmudnego przemieszczania z miejsca na miejsce, wewnątrz prozy życia. Obserwowałem ludzkie twarze, każda napotkana rozbudzała we mnie wyobraźnię. Najbardziej oryginalna, interesująca, odstająca od przyjętych kanonów piękna pochłaniała mnie najdłużej. Kreowałem życiorysy ludzi, rysując. W końcu nadchodziły momenty wyswobodzenia się wizji ludzkiego życia. Często zastanawiałem się, co było treścią przeżyć portretowanych przeze mnie osób, co - niewidoczne, abstrakcyjne, osobiste - zostało ukryte pod warstwą tkanki. Była to także ucieczka przed monotonią, przewidywalnością bytu. Z lęku przed jednostajnością kreowałem życiorysy obcych. W sieci wyszukiwałem zdjęcia ludzi ulicy, gdyż łączyło mnie z nimi poczucie nieokreślonej, wewnętrznej bezdomności. Brak domu był wtedy tematem szczególnie mi bliskim, sam poszukiwałem swojej przystani. Dziś już - interesuje mnie człowiek jako figura losu. Wcześniej byłem bardziej skupiony na sobie i na próbach wyswobodzenia siebie poprzez rysunek. Teraz, gdy wiele dało się uporządkować, mogę spojrzeć na człowieka nie przez pryzmat własnych doświadczeń, ale w szerszym, egzystencjalnym kontekście.

Na ile udaje się – poprzez własną sztukę – przełożyć na papier emocje, jakie towarzyszą  w codziennym bytowaniu?

Chodzi o jedno: jak najwierniej zapisać moment tąpnięcia, który na pozór wydaje się cząstką dnia codziennego, ale oddziałującą najsilniej i najsilniej skondensowaną. Nie jest jednak możliwe oddanie całkowite. To właśnie dylemat związany z odzwierciedlaniem emocji. Muszę przyznać, że nigdy nie oddałem w pełni wielobarwności dotykających mnie przeżyć, wypowiadałem się zaledwie ułamkiem swoich ekspresji - nie mogąc w pełni uwzględnić własnej empatii i całego wachlarzu ról, w których dane mi było występować.

c.d.n.

sobota, 29 czerwca 2013

Z dziennika (20)


Jak boje unoszące się na falach.
/José Ortega y Gasset/


W cyrkach zawsze zbiera się duży tłum. Zachęcony kolorowymi plakatami wlecze się bezmyślnie za czymś bliżej nieokreślonym. Radosny, wyprany z refleksji, karmiący się opium stwarzanym przez światło, a co gorsze – naiwnie ufający w jego realność. Pomiędzy lasem oklasków a wpatrywaniem się w cyrkową rozrywkę nikt nie zastanawia się nad kunsztem najtańszego dowcipu klauna i nad tym, czy aby nie został on właśnie wymierzony w nas. Ale cóż po klaunie, skoro jego prostacki strój i makijaż nie okażą się tak wykwintne jak stroje towarzyszy: efektownych akrobatów, iluzjonistów, władców zwierząt? Wszyscy podążyli za mistycznym wodzirejem, nie wiedząc, że prowadzi własną krucjatę, tymczasem otoczył on swoim ramieniem najbardziej nieświadomych, których – jak wierzył – mógłby ukształtować. Wyhodować całą plantację roślin tych samych wielkości, co inne, ubezwłasnowolniać, stwarzać rzeszę, bawić się w boga: taki był jego cel. Zepchnięte na margines, niszczone w zarodku – istoty, które odważyły się przeciwstawić – otwierają oczy, zrzucają skóry. Za chwilę staną się silniejsze, niż ktokolwiek mógłby o nich wcześniej przypuszczać.

czwartek, 20 czerwca 2013

Z dziennika (19)


- Jest pewne miasto na L. Dotarłem tam, aby spotkać Tego Który Był Ojcem - jego żona mnie nie zauważyła, on tłumaczył się brakiem czasu. Dzień pierwszy. Drugiego stałem nad zamarzniętym jeziorem – Ten Który Był Ojcem miał zwyczaj wokół niego spacerować. Nie pojawił się, więc zapukałem do drzwi i powiedziałem: moja nadzieja dopala się dzisiaj, a ja daję rzeczom spłonąć do końca. Dzień trzeci: Ten Który Był Ojcem odnalazł mnie w wynajętym pokoju. Odeszliśmy: z kontenera wydobyłem czapkę, której nie założyłem: tamten ostrzegał przed nitkami włosów wplątanych w materiał.

– Dusza ludzka nie zna granic, wędrują także dusze żywych. To próba uspokojenia Ciebie. Trzy dni – zauważ: w miejscu, które znałeś, wyrosło jezioro i nastał czas chłodu. Jest jeszcze dzień trzeci - nikt nie wie, kiedy nastąpi - ciepło nie wróci, a on się o Ciebie zatroszczy w inny, niewidoczny sposób. – Ze śniegu suchy piasek. Nikt nie wiedział, jak długo wędrowaliśmy ścieżką.

- Ten Który Był Ojcem będzie Ci towarzyszył w drodze, ostrzeże przed drobiazgiem – założeniem czapki, a jednak ciepło wróci, kiedy on - on, a nie Ty - okaże Ci wyrozumiałość. Piasek to spokój, który Cię ogarnie, a sen to wiersz. Dusze mówią do siebie w języku poezji.

piątek, 17 maja 2013

Z dziennika (18)

Oczekiwanie

Gromadzi się we mnie ogrom nieokreślonych tęsknot. Moja krew płynie więc szybciej, a ja wyrywam się z bytowania przewidywalnego, poukładanej codzienności i prognoz kolejnych dni. Wraz z otwarciem nowej, melancholijnej przestrzeni ujawnia się paleta życia - inny oddech pozbawiony barier i zbędnych poruszeń. Raz na jakiś czas pojawiają się punkty na mapie świecące innym światłem od pozostałych. Zupełnie przypadkiem docieram w to miejsce. Może być tak, że one spotkają mnie. Pod wpływem barw wydobywanych z nich otwiera się w człowieku sfera na co dzień zamknięta i niedostępna. Jej hermetykę ukształtowała niewzruszona siła wrażenia, że w naszym życiu nie wydarzy się już nic nowego. Tymczasem rodzi się emocja, której nie sposób określić ani zarysować, jest lekkim tąpnięciem albo kręgami na wodzie powodującymi nikły ruch. Ruch powietrza na powierzchni ciała skutkujący huraganem w najniższych warstwach świadomości.

sobota, 11 maja 2013

Z dziennika (17)




Nigdy nie słyszałem, aby Jonasz obwiniał się albo oskarżał kogoś o okropności, które przeżył w dzieciństwie. Zbyt zajęty jest odradzaniem się – co dzień na nowo. Robimy to razem: kreślimy marzenia, stawiamy czoła własnym demonom, analizujemy potknięcia, szukamy nowych rozwiązań. Z tych dialogów budujemy więź między sobą. Najbardziej lubimy jednak rozmawiać o ludziach napotykanych zupełnie przypadkiem.

Opowiedział mi niedawno o swoich podróżach pociągami do szkoły. Podczas sześciogodzinnej jazdy wiedział, że zawsze z kimś porozmawia. Zazwyczaj zajmował miejsce w wagonie restauracyjnym, czytał książki, obserwował ludzi. Jeszcze kilka lat temu chętniej ze sobą dyskutowali. Dziś ma wrażenie, że każdy zamknięty jest w świecie komórek, empetrójek, ipodów. Podczas jednej z jazd przyglądał się starszemu mężczyźnie, który co jakiś czas zapisywał coś ołówkiem w starym, spracowanym zeszycie o wielkości dłoni. Pomiędzy tymi momentami jego wzrok ginął w pędzących krajobrazach za oknem, ale miało się poczucie, że sięga dużo dalej, za horyzont. Jonasza intrygował ten stan. W końcu nie wytrzymał. Zapytał: pisze pan wiersze? Mężczyzna przytaknął z uśmiechem, a po chwili dojrzał na blacie stołu książkę z myślami Seneki. Głośno wyraził swoje zdziwienie, że młody chłopak czyta takie rzeczy. Zaczęli rozmawiać. Siwiejący poeta opowiedział mu o swoich wierszach, o synu, który jest znanym fotografikiem, o pasji, którą okazała się literatura. Gdy zabrzmiało jego nazwisko, pierwsze skojarzenie odsyłało do jednego z największych malarzy Młodej Polski. Jonasz wspomniał mężczyźnie o szkole artystycznej, do której podróżował, pokazał kilka swoich rysunków. Wśród nich Prostytutkę – postać wyrysowaną w kubistycznym stylu na różowym papierze technicznym. Mężczyzna, choć nie przepadał za kubizmem, poprosił, by chłopak wyjaśnił mu jego fascynację. Jonasz przekonał go, że każdy fragment pracy został przemyślany. Ostatecznie podarował poecie rysunek w prezencie.

Mamy barwne życiorysy. Prowadzi nas ciekawość. Dzięki temu, że pozostajemy w ruchu, wciąż odkrywamy nowe światy. Polegamy na pierwszych wrażeniach i wierzymy w intuicję. W każdym człowieku znajdujemy nowe, niepowtarzalne przestrzenie pełne niezwykłych historii, które zostają pod skórą. Zawsze kiedy wracam od Jonasza, jestem wypełniony wspomnieniami. Najczęściej powracają te – z pozoru najbardziej zapomniane – zdarzenia.

W kwietniu 2004 roku przeprowadziłem się do Mikołajek. To był pierwszy przystanek mojego samodzielnego życia. Tam miałem podjąć pracę jako kelner. Mimo ukończonej szkoły gastronomicznej i trzyletniej praktyki w hotelach na Warmii i Mazurach, nie przepadałem za kelnerowaniem. Moja nieśmiałość sprawiała, że obawiałem się kontaktu z ludźmi. Początki nie były łatwe. Zawsze dążyłem do tego, by robić to, co lubiłem. Skoro już miałem pracować jako kelner, postanowiłem znaleźć w tym zajęciu coś dobrego. Nawet nie spostrzegłem, kiedy praca zaczęła mi sprawiać przyjemność.

Mijały tygodnie. Obsługiwanie klientów rodziło we mnie coraz większe uczucie satysfakcji. Szybko zapominałem o ograniczeniach, strachu przed interakcją. Słowa docierały do mnie z największą możliwą naturalnością. Rozmowa z gośćmi hotelu nadawała sens mojej pracy. Poza standardową obsługą klienta w restauracji wyczekiwałem wieczorów, gdy stawałem za barem. Tam realizowałem się najbardziej: w dialogach z gośćmi. Z każdym wypitym drinkiem otwierali się przed barmanem i opowiadali swoje historie. Często trudne, smutne i skomplikowane. Opowieści te wydawały się magiczne. Sprawdziła się więc stara reguła: czasami łatwiej opowiedzieć o sobie komuś zupełnie obcemu niż tym najbliższym. Być może świadomość tych, którzy mówili, świadomość tego, że nigdy więcej mnie już nie zobaczą, czyniła nasze dialogi tak prawdziwymi. Zacząłem postrzegać swój hotel jak odległą planetę, na której gromadzą się wszystkie możliwe rodzaje osobowości. Moje „hotelowe pokoje – miasta, w których pornografia i rozpacz są w tej samej cenie”? Nie do końca, ich można było obserwować, czerpać z doświadczeń obrazujących różnorodność życia. Nie zapomnę momentu, w którym przy barze pojawiła się kobieta w średnim wieku, elegancko ubrana. Zamówiła whisky, wypiła kilka szklanek, a tamy puściły. "Mam wszystko - świetną pracę, niczego mi w życiu nie brakuje prócz tego, że muszę płacić za tulenie się do kogokolwiek".

Mieszkałem naprzeciwko Hotelu Gołębiewski, pod którym często siadałem i rysowałem. Ludzie pytali, co robię, a kiedy dowiadywali się, opowiadałem im dalej o swoich poszukiwaniach twórczych, o byciu na początku drogi, o marzeniach o jej całkowitym urzeczywistnieniu. Gościom niemieckim, szczególnie miłym dla personelu hotelu, kserowałem swoje prace i rozdawałem jako podarunki. W dniu, w którym wyjeżdżała jedna z moich ulubionych grup, dowiedziałem się o tym, że mama znalazła się w szpitalu. Ponieważ wracali do domu przez Olsztyn, postanowili zabrać mnie ze sobą. W drodze usłyszałem przez mikrofon głos przewodnika: "Towarzyszy nam człowiek, który sprawił, że nasz pobyt w hotelu stał się pobytem w drugim domu. Chcielibyśmy mu podziękować". Byłem zaskoczony - kelnerów się nie pamiętało, byliśmy stałymi elementami, których nie traktowało się indywidualnie. Cieszyłem się - dla nich jednych okazałem się osobą z krwi i kości, a nie częścią hotelowej dekoracji. Dostałem ogromną pocztówkę z podpisami każdego z grupy, do której doklejono kopertę ze - jak to określił przewodnik - "stypendium na drugi rok szkoły".

Wspomnień związanych z tym okresem jest bardzo wiele. Podczas rozmowy z Jonaszem uświadomiłem sobie coś, co pozostawało w oddali, odzyskałem coś zaginionego. Dzięki wspomnieniu utożsamiłem się na nowo z wieloma pięknymi momentami mojego życia. Momentami świadczącymi o tym, że jeśli postępuje się prawdziwie, spotyka się z odpowiedzią niezależnie od tego, kto stałby po drugiej stronie.

czwartek, 9 maja 2013

Z dziennika (16)


Wypełnia mnie muzyka świata. Jej wielobarwność rozświetla coraz to nowsze zakamarki świadomości. Są momenty, w których nagle odkryte brzmienia wyzwalają swoisty stan narkotyczny. W nim zaczynam tworzyć: zamieniam się w wibrującą membranę. Zawsze miałem poczucie, że to muzyka uwalnia wspomnienie. Zatrzymuje czas, z którego wysącza się aura jakiejś sytuacji życiowej. Powietrzem tamtych chwil był utwór muzyczny. Odtwarzał moment jako bardziej przeżyty od tego, co utrwalone zostało na fotografii. Miał w sobie coś bardziej metafizycznego, wewnętrznego. Wyzwalał wszystkie emocje, nie znał ram czasowych – fotografię więził ułamek sekundy.

Czasami w człowieka uderzają dźwięki, które przebijają się przez tkankę i burzą pieczołowicie tkany, wewnętrzny spokój. Otwierają puszkę Pandory, ucieczkę od melancholii ku stanom znanym i bezpiecznym czyniąc niemożliwą. Taką muzyką są „The Hours” Philipa Glassa. Muzyką doprowadzającą do podróży w te rejony siebie, które okazują się miejscami zawieszenia i pustki. Próżnia powstała w całkowitym amoku, w samym centrum dźwięków Glassa, które mną owładnęły. Narodziła się tak wielka mnogość przeżyć, że umożliwiła mi w końcu dotarcie do wspólnego mianownika tego, co nas określa w naszych ludzkich przynależnościach.

Ta sama muzyka porwała mojego kolegę, łódzkiego malarza, Piotra Króla: „widzę symbiozę w naszych pracach, oczy!” – przyznawał, zestawiając oba dzieła. Wydaje mi się, że one w naszych wizjach nadają cały charakter i konstrukcję. Fascynuje mnie to, jak w obrazach Piotra przy użyciu tak szerokiej gamy kolorów daje się uzyskać taki nastrój świadomości utraty i rezygnacji. Ale być może to nas łączy: odpowiednikiem jego gry barw w moim świecie jest kreska i skale szarości.

piątek, 5 kwietnia 2013

Wystawa w St. Praga


Wystawa rysunków Krzysztofa Schodowskiego w „St. Praga” obejmuje prace artysty z 2012 i 2013 roku. Zostały wykonane rapidografem i tuszem. Inspiracją w tworzeniu stała się dla autora pamięć, jej skomplikowany fenomen oraz wewnętrzna niespójność. Schodowski usiłuje przybliżać i charakteryzować powidoki stające się podstawami wspomnień wytwarzających egzystencjalną pustkę. W ten sposób rodzą się obrazy wyidealizowane przez pamięć, w rzeczywistości pożerające same siebie. Bohaterów swoich rysunków plastyk przedstawia najczęściej jako ofiary demona Południa: trawi ich rezygnacja oraz acedia. Zawieszeni nad rzeczywistością, uczestniczący w niej wyłącznie na zasadzie wolnej gry, dryfują przesyceni „smutkiem opustoszałych przystani”. Pochłania ich obojętność ujawniająca swoją nieskończoną siłę dzięki idealizacjom podsuwanym przez pamięć przeszłości.

Zapraszam serdecznie!

wtorek, 5 marca 2013

Z dziennika (15)



Z natury jestem wędrowcem. Lubię pozostawać w ciągłym ruchu, w tym wszystkim – zaciągać się życiem. Nie byłem taki zawsze. Z nieśmiałego chłopca ewoluowałem w świadomego mężczyznę, który dąży do tego, czego pragnie i co uznaje za najważniejsze. Stąd idę pod prąd oczekiwaniom narzucanym przez innych. Jednak nie oznacza to, że nie poszukuję wzoru. Wręcz przeciwnie: wiem, że choć jestem rzucany w różne strony świata,  zajęcia czy działania, pozostaję na właściwym miejscu. Towarzyszy mi pasja i poczucie, że ona nadaje sens życia. 

(...)

Głównym tematem moich prac jest człowiek i to, co ukrywa pod skórą. Uwielbiam portrety – wydaje mi się, że w ludzkiej twarzy kryje się wszystko i mógłbym je rysować bez końca. Kiedyś Emil Cioran napisał: „Co by było, gdyby twarz człowieka mogła dokładnie wyrazić całe wewnętrzne cierpienie, gdyby zobiektywizowała się w akcie ekspresji cała wewnętrzna męka? Czy moglibyśmy jeszcze rozmawiać ze sobą? Czy nie musielibyśmy wówczas mówić, zakrywając rękoma twarz? Życie byłoby praktycznie niemożliwe, gdyby owa nieskończoność odczuć, jaką w sobie nosimy, uzewnętrzniała się w rysach twarzy. Nikt nie miałby już odwagi przejrzeć się w lustrze, bo w groteskowym i tragicznym zarazem wizerunku twarzy stapiałyby się w jedno plamy i wstęgi krwi, rany, co nigdy się nie zabliźnią i strugi łez, co nigdy nie będą powstrzymane”. Usiłuję iść tym tropem. Dążę do uzyskania podobnej gęstości ekspresji.

Pierwszym malarstwem, które wywarło na mnie ogromne wrażenie, było malarstwo Rembrandta. Miałem wrażenie przynależności do tych płócien. Odczuwałem je jako część siebie. Wypełniała je niesamowita psychologia. Godzinami potrafiłem zastanawiać się nad tożsamością portretowanych przez malarza sylwetek. To zrodziło we mnie myśl, aby samemu tworzyć tak bogate światy psychiczne. Obecnie fascynuje mnie wielu malarzy, a ich nazwisk niemal nie sposób przytoczyć. Mam temperament odkrywcy. Wciąż poszukuję ciekawych twórców. Moim mistrzem i wieloletnim przyjacielem jest Andrzej Olczyk – artysta z Opola, specjalizujący się w grafice warsztatowej. Dzięki jego linorytom stworzyłem podwaliny własnego stylu, wyczuliłem oko na kreskę i gry szarości. 

Rysunek jest dla mnie swoistym dziennikiem. Język, którym się w nim posługuję, nie różni się od języka pisarzy. Pracuję głównie rapidografem i tuszem. Drążę w pokładach pamięci i staram się ją ostatecznie ujarzmić, wreszcie oswoić. Postaci z moich prac są odbiciem mojego wnętrza. Figury te najczęściej przepełnia melancholia i niepokój będące żywą, pulsującą tkanką, potrafiącą mnie rozerwać od środka, jednocześnie stającą się rdzeniem twórczości. 

Tworzę opowieści o ludziach, staram się ujawnić to, czego na co dzień nie widać, a jest ledwie odczuwalne w błysku oka. Obserwuję świat wokół, filtruję przez siebie, wzbogacam własną refleksją i przenoszę na papier. Rysowanie przypomina monolog wewnętrzny i jest zapisem poszukiwań formy, próbą łączenia realizmu z abstrakcją. Przede wszystkim pozostaje historią mojego życia, odzwierciedleniem czystej, uniwersalnej emocji. „Niektóre wspomnienia odciskają się w nas tak mocno, że stają się bardziej doniosłe dopiero długi czas później. Takie chwile jątrzą przeszłość, a przez to są zawsze obecne w naszych, wciąż bijących sercach. Niektórych wydarzeń się nie wspomina, lecz przeżywa je od nowa” (R. Scott Bakker). Przez ostatnie pięć lat pamięć była dla mnie pułapką. Wędrując, nie zdawałem sobie sprawy, że przemierzam świat zniekształconych odbić rzeczywistości, odłamków. Z tego jednak rodziła się sztuka, która dziś przekształciła się wreszcie w przestrzeń wolności. 

(...)

Dzięki pracy nad książką ożyło we mnie pragnienie poszukiwania własnych środków wyrazu w języku, czego efektem stał się dziennik „Ten drugi”, którego pisanie rozpocząłem w lipcu 2012 roku. Jego fragmenty publikuję na swojej stronie internetowej: www.schodowski.pl. Zainteresowanie słowem zapoczątkował wyjątkowy film, który zobaczyłem w wieku 15 lat: Finding Forrester. Tworząc kolejne wpisy w dzienniku – od prób pisania o twórczości innych do tworzenia metafor światów i kształtowania własnych alter ego – miałem w żywej pamięci ten obraz o młodym chłopaku z ubogiej dzielnicy, który marzy o pisaniu i spotyka na swojej drodze nauczyciela: wybitnego pisarza żyjącego w całkowitej alienacji. To opowieść o przyjaźni, pasji oraz przekazywaniu następnemu pokoleniu wiedzy i umiejętności. Film wiele mi uświadomił: przede wszystkim obudził nadzieję na spotkanie mentora i uzmysłowił, że od dzieciństwa poszukiwałem autorytetów. Dopiero pełna świadomość tego, co starałem się odnaleźć, umożliwiła mi spotkanie takich ludzi. Droga bynajmniej nie należała do łatwych: brnąłem w ślepe uliczki, ale i powracałem na główny trakt. Mimo, że czasami odczuwałem rezygnację, upór i wiara nie pozwalały mi się poddać. W pewnym sensie zatoczyłem koło – dziś odnalazłem swoje miejsce w małym, irlandzkim miasteczku, to jednak nie sprawiło, że poczułem się od świata oddzielony. Nie jest ważne, gdzie przebywamy, jeśli dążymy do samorealizacji, każda przestrzeń stanie się twórcza, właściwa wyłącznie dla nas. 

_____________
Napisałem parę słów o własnej twórczości. Tekst ukazał się właśnie w lokalnej gazecie olsztyneckiej "ALBO". To miły powrót do rodzinnych stron.

wtorek, 26 lutego 2013

Z dziennika (14)


Zawsze jestem jakby w półśnie. Na zewnątrz niewiele widać. Czasem tylko dłonie zdradzają palący ogień środka, drogę pełną pęknięć i światło, które trawi najmocniej. Kiedy otwieram drzwi - reszta nadal wije się w pędzie, który pozostawia mnie obojętnym. Moje ciało jest rumowiskiem, wytrawionym i odbarwionym blejtramem, porzuconą, znieruchomiałą rzeźbą. Ale utkwił w nim kosmos, jest swoją własną mapą, drogą znaczoną do wewnątrz, panoramą galaktyk. Jeśli zajrzeć pod skórę, odsłoni neuryty świecące w półmroku. Latarnie, żyłki świetlne, przewody aksonów. Są wyprawy, z których trudno wrócić i wyprawy, z których się nie wraca. Nieodwiedzane miejsca zarastają trującą skorupą, a dotarcie do źródła wspomnienia okazuje się możliwe, tylko jeśli trucizna przesiąknie przez wyciągniętą rękę, prześwietli i wchłonie wszystkie linie papilarne.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Kontrapunkty - video


Video z wystawy "Kontrapunkty", wspólnie z Andrzejem Olczykiem - II Ogólnopolski Festiwal Poetycki im. Wandy Karczewskiej w CKiS w Kaliszu.

Folder z wystawy TUTAJ.

piątek, 1 lutego 2013

Kreska Schodowskiego / Jerzy Zimny

Portret Jerzego Zimnego

Portret powstał w odpowiedzi na wiersz:


Kreska Schodowskiego Jerzy Zimny 

Aniołowie znudzeni pilnowaniem odeszli od baru,
zagrożenie w oczach ma postać butelki, szyjka
przedłuża cierpienie, wyjść to umrzeć na brak miejsca.

Wczoraj odwilż zabrała temat skostnienia,
inne tematy w kałuży rozbijane przez deszcze
wychodzę z podświadomości na drogę dotyku

aby zrozumieć szorstkość tworzywa, z którego
powstaje gładź, uśmiech starego człowieka
i zdziwienie dziecka kiedy w kreskówce pojawia

się kod d n a. Dotyka kresek niczym czytnik
i w głowie wyświetla się ostatnia data, nazwa
miejscowości okrytej żałobą, adres cmentarza

repertuar orkiestry i liczba osób przy grobie,
wszystko po obróbce cyfrowej w dużej rozdzielczości
jakby skupiono galaktykę do wymiaru łańcucha d n a.