wtorek, 5 marca 2013

Z dziennika (15)



Z natury jestem wędrowcem. Lubię pozostawać w ciągłym ruchu, w tym wszystkim – zaciągać się życiem. Nie byłem taki zawsze. Z nieśmiałego chłopca ewoluowałem w świadomego mężczyznę, który dąży do tego, czego pragnie i co uznaje za najważniejsze. Stąd idę pod prąd oczekiwaniom narzucanym przez innych. Jednak nie oznacza to, że nie poszukuję wzoru. Wręcz przeciwnie: wiem, że choć jestem rzucany w różne strony świata,  zajęcia czy działania, pozostaję na właściwym miejscu. Towarzyszy mi pasja i poczucie, że ona nadaje sens życia. 

(...)

Głównym tematem moich prac jest człowiek i to, co ukrywa pod skórą. Uwielbiam portrety – wydaje mi się, że w ludzkiej twarzy kryje się wszystko i mógłbym je rysować bez końca. Kiedyś Emil Cioran napisał: „Co by było, gdyby twarz człowieka mogła dokładnie wyrazić całe wewnętrzne cierpienie, gdyby zobiektywizowała się w akcie ekspresji cała wewnętrzna męka? Czy moglibyśmy jeszcze rozmawiać ze sobą? Czy nie musielibyśmy wówczas mówić, zakrywając rękoma twarz? Życie byłoby praktycznie niemożliwe, gdyby owa nieskończoność odczuć, jaką w sobie nosimy, uzewnętrzniała się w rysach twarzy. Nikt nie miałby już odwagi przejrzeć się w lustrze, bo w groteskowym i tragicznym zarazem wizerunku twarzy stapiałyby się w jedno plamy i wstęgi krwi, rany, co nigdy się nie zabliźnią i strugi łez, co nigdy nie będą powstrzymane”. Usiłuję iść tym tropem. Dążę do uzyskania podobnej gęstości ekspresji.

Pierwszym malarstwem, które wywarło na mnie ogromne wrażenie, było malarstwo Rembrandta. Miałem wrażenie przynależności do tych płócien. Odczuwałem je jako część siebie. Wypełniała je niesamowita psychologia. Godzinami potrafiłem zastanawiać się nad tożsamością portretowanych przez malarza sylwetek. To zrodziło we mnie myśl, aby samemu tworzyć tak bogate światy psychiczne. Obecnie fascynuje mnie wielu malarzy, a ich nazwisk niemal nie sposób przytoczyć. Mam temperament odkrywcy. Wciąż poszukuję ciekawych twórców. Moim mistrzem i wieloletnim przyjacielem jest Andrzej Olczyk – artysta z Opola, specjalizujący się w grafice warsztatowej. Dzięki jego linorytom stworzyłem podwaliny własnego stylu, wyczuliłem oko na kreskę i gry szarości. 

Rysunek jest dla mnie swoistym dziennikiem. Język, którym się w nim posługuję, nie różni się od języka pisarzy. Pracuję głównie rapidografem i tuszem. Drążę w pokładach pamięci i staram się ją ostatecznie ujarzmić, wreszcie oswoić. Postaci z moich prac są odbiciem mojego wnętrza. Figury te najczęściej przepełnia melancholia i niepokój będące żywą, pulsującą tkanką, potrafiącą mnie rozerwać od środka, jednocześnie stającą się rdzeniem twórczości. 

Tworzę opowieści o ludziach, staram się ujawnić to, czego na co dzień nie widać, a jest ledwie odczuwalne w błysku oka. Obserwuję świat wokół, filtruję przez siebie, wzbogacam własną refleksją i przenoszę na papier. Rysowanie przypomina monolog wewnętrzny i jest zapisem poszukiwań formy, próbą łączenia realizmu z abstrakcją. Przede wszystkim pozostaje historią mojego życia, odzwierciedleniem czystej, uniwersalnej emocji. „Niektóre wspomnienia odciskają się w nas tak mocno, że stają się bardziej doniosłe dopiero długi czas później. Takie chwile jątrzą przeszłość, a przez to są zawsze obecne w naszych, wciąż bijących sercach. Niektórych wydarzeń się nie wspomina, lecz przeżywa je od nowa” (R. Scott Bakker). Przez ostatnie pięć lat pamięć była dla mnie pułapką. Wędrując, nie zdawałem sobie sprawy, że przemierzam świat zniekształconych odbić rzeczywistości, odłamków. Z tego jednak rodziła się sztuka, która dziś przekształciła się wreszcie w przestrzeń wolności. 

(...)

Dzięki pracy nad książką ożyło we mnie pragnienie poszukiwania własnych środków wyrazu w języku, czego efektem stał się dziennik „Ten drugi”, którego pisanie rozpocząłem w lipcu 2012 roku. Jego fragmenty publikuję na swojej stronie internetowej: www.schodowski.pl. Zainteresowanie słowem zapoczątkował wyjątkowy film, który zobaczyłem w wieku 15 lat: Finding Forrester. Tworząc kolejne wpisy w dzienniku – od prób pisania o twórczości innych do tworzenia metafor światów i kształtowania własnych alter ego – miałem w żywej pamięci ten obraz o młodym chłopaku z ubogiej dzielnicy, który marzy o pisaniu i spotyka na swojej drodze nauczyciela: wybitnego pisarza żyjącego w całkowitej alienacji. To opowieść o przyjaźni, pasji oraz przekazywaniu następnemu pokoleniu wiedzy i umiejętności. Film wiele mi uświadomił: przede wszystkim obudził nadzieję na spotkanie mentora i uzmysłowił, że od dzieciństwa poszukiwałem autorytetów. Dopiero pełna świadomość tego, co starałem się odnaleźć, umożliwiła mi spotkanie takich ludzi. Droga bynajmniej nie należała do łatwych: brnąłem w ślepe uliczki, ale i powracałem na główny trakt. Mimo, że czasami odczuwałem rezygnację, upór i wiara nie pozwalały mi się poddać. W pewnym sensie zatoczyłem koło – dziś odnalazłem swoje miejsce w małym, irlandzkim miasteczku, to jednak nie sprawiło, że poczułem się od świata oddzielony. Nie jest ważne, gdzie przebywamy, jeśli dążymy do samorealizacji, każda przestrzeń stanie się twórcza, właściwa wyłącznie dla nas. 

_____________
Napisałem parę słów o własnej twórczości. Tekst ukazał się właśnie w lokalnej gazecie olsztyneckiej "ALBO". To miły powrót do rodzinnych stron.

8 komentarzy:

  1. to pięknie, Krzysiu, że tak artystycznie rozkwitasz. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Ewuś :) wiesz jak to jest, wiecznie na początku drogi :)))

      Usuń
  2. Muszę zrobić nalot na to miasteczko i wyrwać od Ciebie jakąś kreskę, albo Ciebie na piwo ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. gratuluję Kzrysiu, idziesz jak burza!
    powodzenia:)

    OdpowiedzUsuń