piątek, 17 maja 2013

Z dziennika (18)

Oczekiwanie

Gromadzi się we mnie ogrom nieokreślonych tęsknot. Moja krew płynie więc szybciej, a ja wyrywam się z bytowania przewidywalnego, poukładanej codzienności i prognoz kolejnych dni. Wraz z otwarciem nowej, melancholijnej przestrzeni ujawnia się paleta życia - inny oddech pozbawiony barier i zbędnych poruszeń. Raz na jakiś czas pojawiają się punkty na mapie świecące innym światłem od pozostałych. Zupełnie przypadkiem docieram w to miejsce. Może być tak, że one spotkają mnie. Pod wpływem barw wydobywanych z nich otwiera się w człowieku sfera na co dzień zamknięta i niedostępna. Jej hermetykę ukształtowała niewzruszona siła wrażenia, że w naszym życiu nie wydarzy się już nic nowego. Tymczasem rodzi się emocja, której nie sposób określić ani zarysować, jest lekkim tąpnięciem albo kręgami na wodzie powodującymi nikły ruch. Ruch powietrza na powierzchni ciała skutkujący huraganem w najniższych warstwach świadomości.

sobota, 11 maja 2013

Z dziennika (17)




Nigdy nie słyszałem, aby Jonasz obwiniał się albo oskarżał kogoś o okropności, które przeżył w dzieciństwie. Zbyt zajęty jest odradzaniem się – co dzień na nowo. Robimy to razem: kreślimy marzenia, stawiamy czoła własnym demonom, analizujemy potknięcia, szukamy nowych rozwiązań. Z tych dialogów budujemy więź między sobą. Najbardziej lubimy jednak rozmawiać o ludziach napotykanych zupełnie przypadkiem.

Opowiedział mi niedawno o swoich podróżach pociągami do szkoły. Podczas sześciogodzinnej jazdy wiedział, że zawsze z kimś porozmawia. Zazwyczaj zajmował miejsce w wagonie restauracyjnym, czytał książki, obserwował ludzi. Jeszcze kilka lat temu chętniej ze sobą dyskutowali. Dziś ma wrażenie, że każdy zamknięty jest w świecie komórek, empetrójek, ipodów. Podczas jednej z jazd przyglądał się starszemu mężczyźnie, który co jakiś czas zapisywał coś ołówkiem w starym, spracowanym zeszycie o wielkości dłoni. Pomiędzy tymi momentami jego wzrok ginął w pędzących krajobrazach za oknem, ale miało się poczucie, że sięga dużo dalej, za horyzont. Jonasza intrygował ten stan. W końcu nie wytrzymał. Zapytał: pisze pan wiersze? Mężczyzna przytaknął z uśmiechem, a po chwili dojrzał na blacie stołu książkę z myślami Seneki. Głośno wyraził swoje zdziwienie, że młody chłopak czyta takie rzeczy. Zaczęli rozmawiać. Siwiejący poeta opowiedział mu o swoich wierszach, o synu, który jest znanym fotografikiem, o pasji, którą okazała się literatura. Gdy zabrzmiało jego nazwisko, pierwsze skojarzenie odsyłało do jednego z największych malarzy Młodej Polski. Jonasz wspomniał mężczyźnie o szkole artystycznej, do której podróżował, pokazał kilka swoich rysunków. Wśród nich Prostytutkę – postać wyrysowaną w kubistycznym stylu na różowym papierze technicznym. Mężczyzna, choć nie przepadał za kubizmem, poprosił, by chłopak wyjaśnił mu jego fascynację. Jonasz przekonał go, że każdy fragment pracy został przemyślany. Ostatecznie podarował poecie rysunek w prezencie.

Mamy barwne życiorysy. Prowadzi nas ciekawość. Dzięki temu, że pozostajemy w ruchu, wciąż odkrywamy nowe światy. Polegamy na pierwszych wrażeniach i wierzymy w intuicję. W każdym człowieku znajdujemy nowe, niepowtarzalne przestrzenie pełne niezwykłych historii, które zostają pod skórą. Zawsze kiedy wracam od Jonasza, jestem wypełniony wspomnieniami. Najczęściej powracają te – z pozoru najbardziej zapomniane – zdarzenia.

W kwietniu 2004 roku przeprowadziłem się do Mikołajek. To był pierwszy przystanek mojego samodzielnego życia. Tam miałem podjąć pracę jako kelner. Mimo ukończonej szkoły gastronomicznej i trzyletniej praktyki w hotelach na Warmii i Mazurach, nie przepadałem za kelnerowaniem. Moja nieśmiałość sprawiała, że obawiałem się kontaktu z ludźmi. Początki nie były łatwe. Zawsze dążyłem do tego, by robić to, co lubiłem. Skoro już miałem pracować jako kelner, postanowiłem znaleźć w tym zajęciu coś dobrego. Nawet nie spostrzegłem, kiedy praca zaczęła mi sprawiać przyjemność.

Mijały tygodnie. Obsługiwanie klientów rodziło we mnie coraz większe uczucie satysfakcji. Szybko zapominałem o ograniczeniach, strachu przed interakcją. Słowa docierały do mnie z największą możliwą naturalnością. Rozmowa z gośćmi hotelu nadawała sens mojej pracy. Poza standardową obsługą klienta w restauracji wyczekiwałem wieczorów, gdy stawałem za barem. Tam realizowałem się najbardziej: w dialogach z gośćmi. Z każdym wypitym drinkiem otwierali się przed barmanem i opowiadali swoje historie. Często trudne, smutne i skomplikowane. Opowieści te wydawały się magiczne. Sprawdziła się więc stara reguła: czasami łatwiej opowiedzieć o sobie komuś zupełnie obcemu niż tym najbliższym. Być może świadomość tych, którzy mówili, świadomość tego, że nigdy więcej mnie już nie zobaczą, czyniła nasze dialogi tak prawdziwymi. Zacząłem postrzegać swój hotel jak odległą planetę, na której gromadzą się wszystkie możliwe rodzaje osobowości. Moje „hotelowe pokoje – miasta, w których pornografia i rozpacz są w tej samej cenie”? Nie do końca, ich można było obserwować, czerpać z doświadczeń obrazujących różnorodność życia. Nie zapomnę momentu, w którym przy barze pojawiła się kobieta w średnim wieku, elegancko ubrana. Zamówiła whisky, wypiła kilka szklanek, a tamy puściły. "Mam wszystko - świetną pracę, niczego mi w życiu nie brakuje prócz tego, że muszę płacić za tulenie się do kogokolwiek".

Mieszkałem naprzeciwko Hotelu Gołębiewski, pod którym często siadałem i rysowałem. Ludzie pytali, co robię, a kiedy dowiadywali się, opowiadałem im dalej o swoich poszukiwaniach twórczych, o byciu na początku drogi, o marzeniach o jej całkowitym urzeczywistnieniu. Gościom niemieckim, szczególnie miłym dla personelu hotelu, kserowałem swoje prace i rozdawałem jako podarunki. W dniu, w którym wyjeżdżała jedna z moich ulubionych grup, dowiedziałem się o tym, że mama znalazła się w szpitalu. Ponieważ wracali do domu przez Olsztyn, postanowili zabrać mnie ze sobą. W drodze usłyszałem przez mikrofon głos przewodnika: "Towarzyszy nam człowiek, który sprawił, że nasz pobyt w hotelu stał się pobytem w drugim domu. Chcielibyśmy mu podziękować". Byłem zaskoczony - kelnerów się nie pamiętało, byliśmy stałymi elementami, których nie traktowało się indywidualnie. Cieszyłem się - dla nich jednych okazałem się osobą z krwi i kości, a nie częścią hotelowej dekoracji. Dostałem ogromną pocztówkę z podpisami każdego z grupy, do której doklejono kopertę ze - jak to określił przewodnik - "stypendium na drugi rok szkoły".

Wspomnień związanych z tym okresem jest bardzo wiele. Podczas rozmowy z Jonaszem uświadomiłem sobie coś, co pozostawało w oddali, odzyskałem coś zaginionego. Dzięki wspomnieniu utożsamiłem się na nowo z wieloma pięknymi momentami mojego życia. Momentami świadczącymi o tym, że jeśli postępuje się prawdziwie, spotyka się z odpowiedzią niezależnie od tego, kto stałby po drugiej stronie.

czwartek, 9 maja 2013

Z dziennika (16)


Wypełnia mnie muzyka świata. Jej wielobarwność rozświetla coraz to nowsze zakamarki świadomości. Są momenty, w których nagle odkryte brzmienia wyzwalają swoisty stan narkotyczny. W nim zaczynam tworzyć: zamieniam się w wibrującą membranę. Zawsze miałem poczucie, że to muzyka uwalnia wspomnienie. Zatrzymuje czas, z którego wysącza się aura jakiejś sytuacji życiowej. Powietrzem tamtych chwil był utwór muzyczny. Odtwarzał moment jako bardziej przeżyty od tego, co utrwalone zostało na fotografii. Miał w sobie coś bardziej metafizycznego, wewnętrznego. Wyzwalał wszystkie emocje, nie znał ram czasowych – fotografię więził ułamek sekundy.

Czasami w człowieka uderzają dźwięki, które przebijają się przez tkankę i burzą pieczołowicie tkany, wewnętrzny spokój. Otwierają puszkę Pandory, ucieczkę od melancholii ku stanom znanym i bezpiecznym czyniąc niemożliwą. Taką muzyką są „The Hours” Philipa Glassa. Muzyką doprowadzającą do podróży w te rejony siebie, które okazują się miejscami zawieszenia i pustki. Próżnia powstała w całkowitym amoku, w samym centrum dźwięków Glassa, które mną owładnęły. Narodziła się tak wielka mnogość przeżyć, że umożliwiła mi w końcu dotarcie do wspólnego mianownika tego, co nas określa w naszych ludzkich przynależnościach.

Ta sama muzyka porwała mojego kolegę, łódzkiego malarza, Piotra Króla: „widzę symbiozę w naszych pracach, oczy!” – przyznawał, zestawiając oba dzieła. Wydaje mi się, że one w naszych wizjach nadają cały charakter i konstrukcję. Fascynuje mnie to, jak w obrazach Piotra przy użyciu tak szerokiej gamy kolorów daje się uzyskać taki nastrój świadomości utraty i rezygnacji. Ale być może to nas łączy: odpowiednikiem jego gry barw w moim świecie jest kreska i skale szarości.