wtorek, 20 stycznia 2015

Z dziennika (26)



Zapada zmierzch. Jeszcze nie wiem, że noc podzieli mnie na tysiące migotliwych odłamków. Rozwiną się jedynie te o najsilniej skręconych włóknach, pulsujące, jakby chciały wysadzić gwiazdy. Albo pamięć. Wzrasta niepokój, napina struny umysłu, nadchodzi czas innego życia.

Tam: wszystko stało się możliwe. Nagła obecność, niepowstrzymany głód, fragmenty gestów wymierzanych z największą precyzją. To jest ten czas – powtarzam – chwila eksplozji. Coś kurczy się w jednym momencie, w czasie ściągnięcia wszystkich żyłek świetlnych ku sobie, skupienia ich w tym samym punkcie jak w kulce z ołowiu. A jeśli jest ich więcej? Ogrom? Nieskończoność? Późnym popołudniem, kiedy słońce stoi nisko, ściany przybierają kolor ciała. Wodzę po nich palcami i czuję, jak oddychają.

Tu: przypływy i odpływy – ruch nieustannie okalający porzucone na brzegu skały, trawione słońcem i nostalgią. Wiatrem, który przenika przez ciała, dociera do źródeł, lecz przechwytuje wyłącznie powietrze. Przez chwilę nie myślę o kobiecie, która postanowiła oszaleć dla Mistrza, uciekła bowiem w noc. Teraz patrzy w księżyc, jakby stamtąd miało przyjść oczekiwanie. Stan prześwietlony zbyt dokładnie, aby nie dojrzeć szaleństwa wybiegów.

*
**

Nie ma mnie ani Tam, ani Tu, tylko zalewanie gardeł roztopionym żelazem. Stare praktyki tortur.