niedziela, 16 sierpnia 2015

Z dziennika (25)

Ecce homo II, fragment


Francis Bacon portretował wyłącznie przyjaciół. Twierdził, że nie mógłby malować kogoś, kogo nie widziałby wielokrotnie i nie przyjrzał się jego sylwetce. Ze mną było inaczej. Obserwowałem ludzkie twarze, każda napotkana rozbudzała we mnie wyobraźnię. Najbardziej oryginalna, interesująca, odstająca od przyjętych kanonów piękna pochłaniała mnie najdłużej. Rysując, kreowałem życiorysy ludzi. Zastanawiałem się, co było treścią przeżyć portretowanych osób, co - niewidoczne, abstrakcyjne, osobiste - zostało ukryte pod warstwą tkanki. W sieci wyszukiwałem zdjęcia ludzi ulicy, gdyż łączyło mnie z nimi poczucie nieokreślonej, wewnętrznej bezdomności. Dziś już interesuje mnie człowiek jako figura losu. Wcześniej byłem bardziej skupiony na sobie i na próbach wyswobodzenia siebie poprzez rysunek. Teraz, gdy wiele dało się uporządkować, mogę spojrzeć na człowieka nie przez pryzmat własnych doświadczeń, ale w szerszym, egzystencjalnym kontekście.

Zrozumiałem Bacona dopiero niedawno, kiedy rysowanie obcych zaczęło mnie ograniczać. Popadałem w schematy, wszystko wyglądało jednakowo, nie czułem radości podczas zmagań z materią. W konsekwencji porzuciłem rysunek na jakiś czas. Podczas pracy przy pierwszym Ecce homo odkryłem, że twarz jest jak kosmos - jeśli się w nią zagłębić, odsłania wiele niesamowitych i nowych przestrzeni. To wrażenie powróciło do mnie po przerwie, gdy zabrałem się za drugi portret z cyklu. Mimo ograniczeń i strachu przed portretowaniem znanych mi osób, zacząłem szukać sposobu na równowagę pomiędzy uchwyceniem wiernego podobieństwa a swobodą interpretacji. Dzięki temu dzieło nie jest już tylko tradycyjnym wizerunkiem - staje się portretem wrażeniowym.