poniedziałek, 14 sierpnia 2017

cień idzie


cień idzie

myślałem, że gdyby to wszystko dało się zapisać, byłby to pewien sposób.
a potem przyszło mi na myśl, że gdybym wszystko opuścił, byłby to inny,
i prawdziwszy, sposób.

John Ashbery, Nowy duch
tłum. Andrzej Sosnowski


1

zagrajmy nad miastem
księżyc stoi nisko gwiazdy ulegają ogołoceniu
ciała starzeją się dłonie starzeją się w ciszy
starzeją przy tobie – tam się odchodzi cicho w najcięższe materie
kto teraz mówi nie wiadomo
                                          cień idzie
jakby nie chodziło o żywych
a wyłącznie o brak urastający w płucach jak skórka
chleba na peronie drugim małe zawiniątko głodu tasuje zakurzone
slajdy przed nami usypisko pamięci przed nami korzenie
o zgaszonych paznokciach wciąż błogosławione

wołają

#

niezbadane są strugi na ciele
strugi rozpostarte między łopatkami żrące wieczorem
nocą o świcie nie ukołysze ich pościel z kory ani ołowiany
żołnierz zamknięty w dłoni nie uspokoi serca
żmudne oddalenie
                            a cień idzie
mieszka w ulicach które trawią od głowy – warszawska
zamkowa chopina – te przetaczające się obłoki
dzieciństwa przebijają wątłą sylwetkę

jestem chłopcem z godzin
na śniegu uszytych

#

nosiłem długo w oczach
moment gdy nadgryzione jabłko staje się
lśniącym sadem jabłko z ulicy warszawskiej
znalezione w szafce między koszulami ojca
wyciągałem je często gdy nikogo nie było
zanurzałem zęby w kamieniu i rosło
we mnie niewyobrażalne: czerwień obojga
ust i kwitnący w gardle kwiat –

to nieznające zachodu
brzmienie

2

trzynaście lat później
odkryłem że cień który się wtedy zdarzył był cieniem starego
iwaszkiewicza a moje ciało oceanem w którym składał litery
                                                               czy ten sposób narracji
wystarczająco uderza w czułe miejsca? wystarczająco uwrażliwia?
marzec dwa tysiące czwartego pokój wypadający na kamienne podwórze i noce
jak dzikie psy wiecznie czujne wiecznie czyhające na każdy
choćby najmniejszy detal który osadzi w innej
bezpiecznej przestrzeni

więc wymykałem się do jego domu
ułożonego w podkowę choć bardziej przypominał
płonący samochód na końcu drogi i ramiona wypuszczały
pędy jak błyskawice chorobliwie spragnione
toczone w przypływie w żałobie jakbyś nieomal żył

                                          a cień idzie

idzie układa gwiazdy w ciemność dom strawi od głowy
przy stopach siwiejący pies nosi w oczach klepsydrę

3

biała księga zazieleni się
w tobie dojrzeje w kamieniu wypuści listowie
po biodrze spływają bukiety kluczy a noc będzie igrzyskiem
w oczach obcych drzeworytem rozsadzanym przez węgiel

wyludniony całun:

węgiel twoich ust – detonator
atrament twoich włosów – aksamit


#

iskra wychodząca z wody – nikt tam nie spojrzał jak ty
pisałeś trzysta kilometrów dalej w pociągu gdy przepowiadano
ogień a on zagnieździł się już w brzuchu twoim w głębinie
ożywionej przede mną i po mnie
 
                                               a cień idzie

idzie wypuszcza iskry między kolanami – tam się odchodzi cicho
w odbiciach pod powiekami akwarele blaszane jak rtęć
portret zaczynający się od słów: tego dnia miało padać ale przyszedł
bóg zasadził kamienie w tym samym czasie w czarnej brodzie
wznoszone jest bezimienne miasto
                miasto skłębione
zaczerpnięte z myśli miasto zakreślone z linii gdzie
myśl wyrzuca nerwowy sztych – popatrz nie minęła chwila
a już zwielokrotniał szkic jakby to miasto było odbiciem
innych miast innych narracji

                                           o! miasto-narracjo! –

pęknięta soczewko w której nóż spływa po ciele gisèle
– nie wahaj się przejąć rytmu i śpiewu przerwanego
nagle języka; spójrz ile niewypowiedzianego
drzemie w pauzach ćwierćnutach i półtonach rozcinanych
we mgle – czy to ja piszę czy jestem może pisany?
prowadzi mnie czarno-gil czarnobyl –

przystanek skąd pędzą wszystkie alfabety świata
pędzą w ośmielonych nagle świetlistych wagonach
pędzą po rozkosz

po ból

4

nie mogę mieszkać w tym domu
dlatego przychodzą po mnie po kolei
zabierają we śnie i budują nowe miejsce
w zieleni
a cień idzie

las strawi od głowy przy stopach zagotują się
łuski i rybie głowy od kiedy naturę da się zamknąć
w obrazie pracują we mnie ziemia i śnieg
jestem jamą po uchu van gogha włóknem
opłakującym pokarm

w wyłomie

dziesiątego dnia pracowały w nas fale
zapach chloru dopisał w definicji: jego podbrzusze
będzie schronieniem przez trzy dni i trzy noce – tyle wystarczy
by przyzwyczaić się do ryb i ciągle tęsknić za morzem

nie będę twoim jonaszem nie będę zasiedlanym ciałem
u kresu położę na język utraty wytrwałe a martwe usta
będą śpiewać pieśń:

pan łamał chleb
chleb łamał pana

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz